Wiele moich myśli krąży ostatnio wokół przysłowia: "Żeby wychować dziecko, potrzebna jest cała wioska". Mocno doświadczam w ostatnim czasie, jak bardzo ta moja wioska jest obecna w wychowaniu dziewczynek. Mogę nauczyć je wielu rzeczy, wielu rzeczy może nauczyć je TFT. Moglibyśmy pewnie zamieszkać na bezludnej wyspie albo w samym środku lasu i bylibyśmy szczęśliwi. Nie mam jednak pewności, czy to, co jesteśmy w stanie dać z siebie naszym córkom, wystarczy im, by w przyszłości wieść szczęśliwe i pełne życie. Sama odkrywam wciąż, jak wielu rzeczy (kompetencji, doświadczeń) mnie brakuje, by żyć szczęśliwie. Potykam się o swoje ograniczenia - wynikające z osobowości, wychowania, doświadczeń, traum. Staram się wypełniać luki wiedzą, szukać w sobie przestrzeni do wzrastania w nowych kompetencjach. Najbardziej wspiera mnie jednak przebywanie wśród innych ludzi. Nie wybitnych jednostek, niedoścignionych autorytetów, nigdy nie odpowiadało mi takie wpatrywanie się w jeden obiekt. Otaczam się ludźmi, którzy są jednocześnie do mnie podobni, ale też różni. Ludźmi, wśród których czuję się bezpieczna. Ludźmi, którzy po prostu żyją obok, nie próbując mnie niczego nauczyć, przekonać, zmienić. Obserwuję sobie ich sposób bycia: codzienne rozmowy, przechodzenie przez kryzysy, budowanie więzi, tok rozumowania. Słucham historii ich życia, składając z fragmentów, które mi ofiarowali, logiczną układankę. Chłonę. Zabieram dla siebie to, co jest dla mnie wartościowe. Rozmawiam. Sama dzielę się tym, co we mnie żywe. Szanujemy siebie na wzajem. Wspieramy, ale nie wchodzimy w swoje życia zbyt mocno. Z każdego takiego spotkania wychodzę bogatsza, choć nie zawsze od razu mam tego świadomość. Często jakaś iskra, która przeskoczyła na mnie podczas bycia blisko, rozpala się we mnie po długim czasie. Niesamowicie daje mi to siłę. Ta świadomość obecności, poczucie przynależności. Moja wioska - rodzina, przyjaciele, znajomi, ale też ludzie widywani sporadycznie, czasem nieznajomi obserwowani z pewnego dystansu, kilku nieznanych osobiście nosicieli mądrości. Wśród nich dorastają moje córki. Dzięki temu jestem spokojna, nie musząc martwić się, że moje ograniczenia staną się ich ograniczeniami. One także czerpią z tej przynależności. Doświadczają tego, czego nie doświadczyłyby przy mnie. Radości, która we mnie dość wątła, wolności, która pomimo szczerych chęci mocno jest w nas ograniczona, relacji międzyludzkich, w których wciąż jestem słaba i wielu, wielu innych. Mam w sobie spokój, że nawet jeśli ja z czymś nie podołam, jeśli nie podołamy z TFT, one będą miały kogoś, kto wesprze je w potrzebie. Że za kilka lat, gdy będą miały nas może dosyć, nie będą uciekać na koniec świata, ale wsiądą w autobus czy pociąg i pojadą złapać dystans do którejś wioskowej chaty. I że my też zawsze znajdziemy tam zrozumienie. Bez oceny.

Zawsze marzyłam o paczce przyjaciół. Takich do wspólnego spędzania czasu, zdobywania doświadczeń, przeżywania przygód. Takich jak na filmach, w książkach, jak mieli inni. Byłam jednak nieśmiałym dzieckiem, nieporadnym w kontaktach społecznych, mocno ograniczonym przez wysoką wrażliwość. Samodzielnym, niezależnym i często samotnym. Nie zrobiłam w życiu wielu rzeczy, bo nie miałam z kim. Aż zostałam mamą. Moje dzieci, poza radością płynącą z samej ich obecności, przyniosły mi również najlepszych przyjaciół pod słońcem. Nie paczkę, ale całą wioskę! Grupę cudownych kobiet - mądrych, pięknych, tak bardzo różnorodnych, nie bojących się iść przez macierzyństwo nieprzetartymi szlakami, ich mężów - wrażliwych, gotowych do pomocy, wychodzących poza schematy oraz całe multum dzieciaków, z którymi D. i N, żyje jak z rodzeństwem. Czuję się z nimi bezpiecznie. Kiedy wpadają do nas z wizytą, nie muszę martwić się, że czegoś nie dopilnowałam. Kiedy nie mam na oku swoich dziewczynek, mam spokój, że ktoś poda im pomocną dłoń. Kiedy się nie odzywam, nie muszę się tłumaczyć i przepraszać. Mogę być sobą. I z radością w ten nasz szalony, pełen zrozumienia świat zapraszam kolejne cudowne rodziny, a reszta przyjmuje je z otwartością i gotowością pomocy. Wymieniamy się doświadczeniami, wiedzą, słuchamy siebie nawzajem. Nie oceniamy.
Ostatnio rzuciłam dziewczynom hasło, że zupełnie nieznana im Zosia potrzebuje nosidła dla swojej cudnej Klary, a te przyniosły swoje nosidła, żeby mogła przymierzyć różne rodzaje, a potem przekazały jej całą swoją wiedzę, okraszoną toną troski, zanim zdążyłam pojawić się wśród nich. Dzięki nim Klara odwiedzi swoją meksykańską rodzinę w swoim nowym LennyUpie <3 A ja zasnę kolejny raz spokojnie, bo poczucie przynależności daje duże poczucie bezpieczeństwa. Mam w sobie ogromną wdzięczność, że spotkałam na swojej drodze tyle wspaniałych kobiet i ich rodzin. Tych bardzo blisko, tych nieco dalej i tych zupełnie daleko. I Was, bo zawsze myślę o Was, choć nie zawsze się znamy, jak o części mojej wioski, wioski potrzebnej, by wychować dziecko.
Dziękuję, że jesteście <3
Dziękuję, że jesteście <3
Pewnego razu, gdy byłam bardzo małą dziewczynką, mam zabrała mnie "do dzieci". Z radością i zaciekawieniem podbiegłam do stojącego opodal chłopca, a ten... zdzielił mnie po głowie patykiem. Znam tę historię jedynie z opowieści, ale pielęgnuję ją w sobie, bo długi czas była dla mnie wzorcem relacji międzyludzkich.
Dorastałam w przekonaniu, że bezpieczniej jest się nie wychylać. Że dom i rodzina to bezpieczna przystań, a na zewnątrz bywa różnie. Można dostać po głowie patykiem, zostać zranionym itp. Często więc stałam z boku, przyglądałam się życiu innych dzieci, a moja naturalna, wysoko wrażliwa ostrożność sprzyjała tej postawie.
Ale od środka czułam, że wcale mi w tymi miejscu nie jest wygodnie. Chciałam poznawać świat, ludzi, doświadczać emocji, wyrażać siebie. Ta potrzeba była silniejsza, czasem więc podążałam za nią, choć kosztowało mnie to wiele emocji. Nie raz obrywałam po głowie. Taka naturalna konsekwencja, kiedy wychodzisz przed szereg, myślałam.
Zawsze podziwiałam tych, którzy potrafili po prostu być sobą. A już w szczególności, gdy robili przy tym fajne, niosące dobro rzeczy. Patrzyłam na nich i myślałam sobie: "Taka chcę być, taka będę." To pomagało mi zrobić kolejne kroki naprzód.
Wiele lat zajęło mi, by bycie sobą nie oznaczało wychodzenia wiecznie poza strefę komfortu. Choć do dziś bywa mi trudno pójść o jeszcze jeden krok dalej. Nauczyłam się, że choć często obrywam za to po głowie, nie dotyka to już mnie samej. Że to mówi jedynie o atakującym, nie o mnie (co nie znaczy, że nie budzi emocji).
Nawet tutaj przeczytałam o sobie kilka nieprzyjemnych i niesprawiedliwych komentarzy. Taka kolej rzeczy, pomyślałam smutno. Wystawiasz się, to czasem obrywasz.
Ale kiedy Zuzanna udostępniła wczoraj e-mail, który otrzymała, zrozumiałam, że to wcale nie jest tak. To, że masz odwagę być sobą, nieść dobro, zmieniać rzeczywistość dookoła siebie, to nie jest powód, żeby ktokolwiek mógł cię za to atakować. I pora przestać to bagatelizować. Brak tolerancji, szacunku do drugiego człowieka nie dotyka jedynie osób o odmiennej orientacji seksualnej, kolorze skóry, czy zmagających się z chorobami i zaburzeniami natury psychicznej. To dotyka nas wszystkich. A nie powinno, nie powinno dotykać nikogo. Ktoś, kogo razi odmienność drugiego człowieka, ma problem. I to on powinien szukać dla siebie pomocy. A my mamy obowiązek o tym głośno mówić, przeciwstawiać się agresji, ocenianiu, hejtowi.
Dzisiaj Światowy Dzień Godności. Dobry dzień, by przypomnieć sobie, że szacunek należy się wszystkim ludziom. I że musimy dbać, by godność ludzka nie była odbierana nikomu.
_________
Zuzanna, przytulam Cię mocno. Ogromny szacun za wszystko, co robisz. Za to, że wspierasz kobiety, szczególnie w tych najbardziej niesamowitych chwilach ciąży, porodu i początków macierzyństwa. Że niesiesz radość, wiarę w ludzi, poczucie bezpieczeństwa, przynależności. Jesteś właśnie jedną z tych, które podziwiam i dzięki którym sama mam odwagę robić swoje. Fajnie jest wiedzieć, że jesteś, fajnie widzieć czasem Twoją falującą czuprynę pod naszym balkonem, fajnie wymienić zdanie na temat tego, co innowacyjne w nauczaniu :D Wiem, że będziesz dalej robić swoje. Ale dziś przytulam mocno w tych krzywdzących chwilach smutku i poczucia niezrozumienia. I dziękuję, że miałaś odwagę podzielić się całą tą historią i swoimi dzisiejszymi emocjami. To była dla mnie ważna lekcja.
Jeśli przychodzisz, by siać zamęt, nie przychodź.
Jeśli przychodzisz, by mnie oceniać, nie przychodź.
Jeśli przychodzisz, by dyktować swoje warunki, nie przychodź.
Jeśli przychodzisz, by mówić mi, co mam robić, nie przychodź.
Jeśli przychodzisz, by porównywać mnie z innymi, nie przychodź.
Jeśli przychodzisz, by naprawiać błędy, które sama popełniłaś jako matka, nie przychodź.
Jeśli przychodzisz, bo uważasz, że Ci się to należy, nie przychodź.
Przyjdź, jeśli niesiesz spokój.
Przyjdź, jeśli chcesz wysłuchać i zrozumieć.
Przyjdź, jeśli chcesz wraz ze mną celebrować cud narodzin. Przyjdź, jeśli chcesz wraz ze mną poznawać nowego człowieka.
Przyjdź, jeśli chcesz wraz ze mną uczyć się jego potrzeb i być na nie otwarta.
Przyjdź, jeśli chcesz wraz ze mną ustąpić miejsca nowemu.
Przyjdź, jeśli chcesz wraz ze mną zachwycać się jego niewypowiedzianym geniuszem.
Przyjdź, jeśli chcesz wraz ze mną towarzyszyć mu w odkrywaniu świata.
Przyjdź, jeśli chcesz wraz ze mną wspierać go i otaczać mądrą opieką.
Przyjdź, jeśli chcesz wraz ze mną uczyć się od niego i stawać się lepszą.
Przyjdź, znajdę dla Ciebie odpowiedni kawałek miejsca, z którego będziesz dobrze widzieć.
Przyjdź, znajdę dla Ciebie rolę, w której rozbłysną wszystkie twoje talenty.
Przyjdź, jeśli pozwolisz, wesprę się na Twojej obecności, by rosnąć w siłę jako matka.
To moje dziecko. Jestem za nie odpowiedzialna, dlatego chcę określić zasady, na jakich przyjmuję cie do naszego świata. Masz prawo się ze mną nie zgadzać, ale oczekuję, że uszanujesz moją wolę. To, czego stajesz się częścią, jest dla mnie niezwykle wyjątkowe, dlatego będę tego chronić i strzec ponad wszystko. To moja nowa rola. Najważniejsza rola. I to jest mój czas. Rozliczę się z niego przed moim dzieckiem, gdy stanie przede mną gotowe do dorosłej drogi.
Czasem łatwiej zrozumieć negatywne skutki pewnych pozornie niegroźnych działań ludzkich, gdy przyjrzy się im w odpowiednio dużej skali.
Po trzęsieniu ziemi na wspomnianym przez D. Haiti świat poderwał się w geście solidarności z poszkodowanymi. Haiti zostało zalane tonami leków do tego stopnia, że kilka lat po tragedii część ze szpitali wciąż nie została przywrócona do użytku, ponieważ służyły za magazyny ofiarowanych leków. Trzeba było oddelegować grupę wolontariuszy, którzy zamiast pomagać ludziom, zajmowali się wyłącznie sortowaniem i magazynowaniem nadmiaru darów. Powstał też problem utylizacji leków przeterminowanych. Ostatecznie wprowadzono sankcje - każdy samolot niosący pomoc humanitarną, na który nie czekała na miejscu ekipa odpowiedzialna za dalszą dystrybucję darów, miał zakaz lądowania pod groźbą zestrzelenia.
Podobna sytuacja miała miejsce w Polsce po powodzi w 1997 roku. Ludzie masowo zaczęli wysyłać do organizacji zajmujących się pomocą poszkodowanym worki z zalegającymi w szafach ubraniami. Ta z pozoru "pomoc" przysporzyła wielu problemów, trzeba bowiem było znaleźć miejsce na przechowywanie rzeczy, zaciągnąć rzeszę ludzi do pracy przy ich segregowaniu (mnóstwo rzeczy nie nadawało się do użycia, część nie odpowiadała zupełnie potrzebom sytuacji, np. suknie ślubne), znaleźć miejsca do przechowywania. Pojawiły się dodatkowe problemy w postaci pleśni, insektów itp.
Po tsunami w Indonezji mieszkańcy z radością odebrali paczki od darczyńców z całego świata, pełni nadziei, że znajdą w nich najbardziej im potrzebne materiały do odbudowy zniszczonych domów. Jakie było ich zdziwienie, gdy w środku znaleźli m.in. sprzęt narciarski i zimową odzież.
Organizacje niosące pomoc humanitarną szybko wyciągnęły naukę z podobnych sytuacji. W większości nie przyjmują już pomocy rzeczowej. A przede wszystkim zanim ogłoszą zapotrzebowanie na jakąkolwiek formę pomocy, najpierw robią dokładne rozeznanie.
Zawsze mam z tyłu głowy te historie, gdy myślę o pomocy, jaka jest udzielana młodym matkom. Pojawienie się na świecie dziecka - nowe obowiązki, nieznane problemy, nieporadność, zachwiane poczucie bezpieczeństwa bardzo przypominają stan kryzysowy. Niełatwo się odnaleźć. Jednocześnie sprzątać gruzy po starym życiu i budować nowe. Mierzyć się z trudnościami, które pojawiają się na bieżąco.
Młoda matka często jest jak ofiara trzęsienia ziemi - to co dobrze jej znane runęło, nowe obowiązki, problemy, stare relacje, które nie pasują już tam, gdzie kiedyś, przygniatają ją. Jeśli czego potrzebuje, to pomocnej dłoni, która ją z tego wyciągnie. Kogoś, kto otrzepie ją z kurzu, poda szklankę wody, gdy ona sama wstanie z gruzów. Kogoś kto pomoże odbudowywać jej kawałek po kawałku nową rzeczywistość.
Zapewne potrzebuje snu. Ciepłego prysznica bez konieczności nasłuchiwania, czy maluch już się obudził. Chwili dla siebie albo czasu, żeby załatwić ważne sprawy. Ciepłego posiłku, którego nie będzie musiała przygotowywać. Zakupów, powieszonego prania, poprasowanych ubranek maluszka. Wysłuchania pozbawionego oceny i rad. Wyczucia, zrozumienia, świętego spokoju. Rzeczowej, merytorycznej rady, kiedy o nią poprosi.
Nie potrzebuje, by przysypać ją dodatkowym obciążeniem. Nadmiarem ciekawości, pomocą w sprawach, które nie są dla niej w tym czasie najważniejsze, nachalną obecnością, historiami z życia innych kobiet, dobrymi radami, o które nie prosiła. One wszystkie pozornie nie są szkodliwe. Nie robią krzywdy same sobą. Ale dokładają matce pracy, jak tym wolontariuszom w czasie klęsk żywiołowych. Zamiast skupić się jedynie na układaniu na nowo swojego życia, budowaniu cegiełka po cegiełce nowej siebie, odrzucaniu tego, co już nie jest jej w nowej roli potrzebne, zaplataniu nowych nici więzi z dzieckiem, mężem, własnymi rodzicami, przyjaciółmi, musi dodatkowo zajmować się porządkowaniem „darów”. Ustosunkowywaniem się do usłyszanych historii, radzeniem sobie z ocenianiem jej postępowania, selekcjonowaniem rad wartościowych i nie, poszukiwaniem źródeł, które pomogą wybrać te wartościowe, zaopiekowaniem potrzeb osób niosących pomoc, przepracowywaniem własnych sprzecznych emocji wywołanych troską, która niesie zamęt.
Coraz częściej młode matki odcinają się od świata zewnętrznego, zamykają w domach i tam po cichu borykają się ze swoimi problemami. Nie to, że ze wszystkim świetnie sobie radzą, że nie przydałaby się im pomocna dłoń. Ale łatwiej jest im mierzyć się jedynie ze swoimi własnymi trudami, nie musząc dodatkowo dźwigać tego, co musiałyby przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza.
Każda prawdziwa pomoc rozpoczyna się od zbadania sytuacji, od rozpoznania potrzeb. Każda prawdziwa pomoc skupiona jest na potrzebującym, nie na dobrych chęciach pomagającego. Każda prawdziwa pomoc opatrzona jest szacunkiem do tego, komu ją niesiemy.
Pomoc na małą i na wielką skalę.
Czasem pomoc to czekanie w ciszy, powstrzymanie się od działań. Zapewnianie od czasu do czasu, że jesteśmy obok. Pytanie: „Jak mogę ci pomóc?”, „Czego potrzebujesz?”.
Jeśli chcesz mi pomóc, pomóż mi tak, ja ja tego potrzebuję, nie jak potrzebujesz tego ty.











