
Po ostatnich Gdańskich Targach Książki, przy okazji których wspominałam znów o naszej wielkiej fascynacji książkami dla dzieci, dopytywaliście, co możemy polecić. Pora więc ruszyć wreszcie z cyklem postów o naszej Trochę Fajnej Biblioteczce, bo aż mi żal tych dni, które być może spędzacie, nie znając którejś z przecudnych wydawniczych pozycji. Ciągle zastanawiam się nad koncepcją, ale chyba najłatwiej, najciekawiej będzie dobierać książki według jakiegoś klucza.
Więc na dobry początek niech będą to 3 nasze (całej rodziny) ulubione książki. Nie jest to łatwy wybór, bo książek mamy naprawdę sporo. Każdy z nas ma swoje indywidualne preferencje. Niektóre książki są z nami od początku i wracamy do nich regularnie. Inne wałkujemy w kółko przez jakiś czas, a potem odkładamy na długi odpoczynek. Czasem wybór wieczornej lektury jest oczywisty, a czasem na nic nie mamy ochoty.
Ale jak tak sobie pomyślałam, jakie książki zrobiły na nas największe "wow" przy pierwszym kontakcie, były z nami długo i intensywnie i do których zawsze wracamy z radością i ciągle budzą w nas zachwyt nie mniejszy, niż za pierwszym razem, to odpowiedź okazała się zupełnie prosta.
A więc dziś trzy absolutne hity naszej Trochę Fajnej Biblioteczki. Wszystkie boskiej kreski Emilii Dziubak. Muszę wyznać, że oszaleliśmy z TFT na punkcie jej ilustracji i maniakalnie uzupełniamy kolekcję książek o kolejne tytuły opatrzone jej obrazkami. Książkowa lista urodzinowa D. składała się właściwie z prawie samych tytułów opatrzonych jej nazwiskiem. D., choć opiniuje jeszcze ilustracji jako takich, ewidentnie podziela naszą fascynację. Choć nie pomyślałabym wcześniej, by przy wyborze książek opierać się na nazwisku ilustratora, odkąd poznaliśmy kilka pierwszych (dla nas) dzieł Emilii Dziubak, kupujemy wszystko, co sygnuje swoim nazwiskiem w ciemno. A to dlatego, że jej rysunki zawsze wzbogacają i tak już ciekawe i wartościowe teksty. Mnóstwo wśród nich pozycji przepełnionych humorem, ale też i takich zmuszających do refleksji.
Koala nie pozwala
Rafał Witek,
il. Emilia Dziubak
Wyd. Bajka
Ta kartonowa książeczka, jedna z pierwszych w biblioteczce D., to według mnie książka idealna. Przezabawne rymy i przecudne ilustracje wzajemnie się uzupełniają. Poczucie humoru Rafała Witka rozbawi zarówno maluchy, jak i dorosłych czytelników. D. dostała ją na pierwsze urodziny i przez długi czas sięgaliśmy po nią właściwie codziennie. Niewielki format idealnie nadawał się do zabierania na wszelkie dłuższe wyjścia i wyjazdy. Jeśli lubicie, gdy książki pełnią funkcję edukacyjną (dla mnie to akurat najmniej ważne, ale każdy ma inne potrzeby i oczekiwania), można z Koalą przepracować wiele tematów - od mycia rąk, przez szanowanie cudzych granic, po trudne relacje międzyludzkie. Może nawet uda Wam się niepostrzeżenie zamienić słowo "Koali" (choćby we fragmencie "By uniknąć ran na ciele, daj Koali spać w niedzielę") na "rodzicom". Kto wie, jakie to przyniesie efekty :D



Rok w lesie
il. Emilia Dziubak
wyd. Nasza Księgarnia
"Rok w lesie" to książka, w którą zapadliśmy się na długie miesiące. Roczna D. potrafiła stać przy łóżku i godzinę wyszukiwać swoich ulubionych bohaterów. W efekcie jednym z jej pierwszych słów po "mama" i "tata" był... "dzik" :D Rozczulała nas pohukiwaniem sowy i stukaniem piąstką w drewniane elementy domu na widok dzięcioła. Motyw dzików i sów na długo zawładnął naszą rzeczywistością, a gagatek szop stał się inspiracją dla imienia chomika.
Duży format, kartonowe strony, ilustracje zawierające mnóstwo szczegółów. Na 12 kolejnych stronach Emilia Dziubak opowiada rysunkową historię pewnego wycinka lasu na przestrzeni całego roku. Mamy tu mnóstwo zwierzęcych bohaterów, którzy wraz z rytmem przyrody zmieniają się i swoje zachowania oraz kilku bohaterów ludzkich, którzy mniej lub bardziej udanie wkraczają w ten kawałek natury.
Ten typ książki pozwala za każdym razem przeżywać nową przygodę, opowiadać inną historię. Można obserwować ogólne zmiany w przyrodzie na przestrzeni roku, śledzić losy wybranej postaci, poświęcić się dokładnemu zgłębieniu jednego miesiąca albo wymyślić sobie własny koncept na opowiadanie. "Rok w lesie" jest źródłem wielu informacji na temat świata przyrody, zbiorem wciągających historyjek, a ponadto przepełniony jest inteligentnym poczuciem humoru. Jest też okazją do wspólnego spędzania czasu na opowiadaniu historii, poszukiwaniu dodatkowych informacji w innych źródłach, a nawet wypraw na łono przyrody. Dziecko może też oglądać książkę samodzielnie, a dzięki jej bogactwu szczegółów jest szansa, że wciągnie się na dłuższą chwilę (a my, wiecie, ciepła kawa i te sprawy :P).
"Rok w lesie" to pozycja, której zdecydowanie nie może go zabraknąć w żadnej dziecięcej biblioteczce.



Dom, który się przebudził
Martin Widmark,
il. Emilia Dziubak
wyd.Mamania
Pozornie to historia, jakich wiele - starszy zgorzkniały pan, beztroski chłopiec i niespodziewana przemiana w wyniku spotkania. Nic tu jednak nie jest oczywiste. Historia pełna jest niedopowiedzeń, metafory, metafizyki. Martin Widmark opowiada nam tylko część, drugą dodaje swoimi magicznymi wręcz ilustracjami Emilia Dziubak, cała reszta pozostaje w gestii naszej wyobraźni i emocji. Nie ma przerysowań postaci, lukrowanego zakończenia. Jest naturalnie, ciepło, tak ludzko. I pięknie jednocześnie. Dużo prawdy o tym, jak potrafimy się zapomnieć, zapaść w sobie i jak czasem niewinny, niespodziewany impuls potrafi pomóc nam odnaleźć siebie, rozkwitnąć znów. Bardzo do mnie przemawia, że to wszystko dzieje się za sprawą dziecka.
Ta książka jest po prostu PRZE-PIĘ-KNA! Pokochaliśmy ją od pierwszego wejrzenia, już od samej okładki. Mamania wydała ją wprost obłędnie. Chyba nie widziałam wśród książek jeszcze tak idealnie dopracowanej całości - materiały, faktury, kolory, koncept.
Sama historia przeznaczona jest raczej dla nieco starszych dzieci. Aktualnie D. chwilowo odpoczywa od Larsona, który intensywnie towarzyszył nam przez długich kilka tygodni. Ewidentnie mroczne początki historii sprawiają jej emocjonalnie nieco trudności. Niemniej jeśli posiadacie trzylatka rozsmakowanego już w lekturze, możecie śmiało spróbować. Nawet, jeśli okaże się, że dla niego jeszcze za wcześnie, jestem przekonana, że Wy nie będziecie żałować przedwczesnego zakupu :D



--------------------------------------------------------------------------------------------
SPOZA TROCHĘ FAJNYCH ZBIORÓW
Tak jak pisałam, na liście książkowych "chciejstw" mamy jeszcze sporo tych ilustrowanych przez Emilię Dziubak. Jednym z nich jest GRATKA DLA MAŁEGO NIEJADKA - debiut książkowy ilustratorki. To nietypowa książka kucharska, pełna (jak zwykle) genialnego poczucia humoru. Możecie ją sobie obejrzeć na blogu autorki: TUTAJ.
Pisałam Wam jakiś czas temu, że książki to u nas prawdziwy hit. Do niedawna żadna zabawka nie była w stanie z nimi wygrać. Na pytanie: "Co robimy?" D. zawsze odpowiadała: "Citamy kąśki". Ostatnio czytanie ustąpiło miejsca opiece nad lalusiami, gotowaniu w nowej kuchni i wyjściom na dwór, ale i tak nie ma w naszym domu dnia bez lektury. Udało nam się przez te 2,5 roku zgromadzić całkiem pokaźną kolekcję. Część zakupów była zupełnie oczywista, na rynku wydawniczym króluje kilka niezawodnych bestsellerów. Ale na część pozycji trafiłam zupełnie przypadkiem gdzieś w odmętach internetu, choć należy im się ogromne uznanie. Dlatego postanowiłam podzielić się z Wami hitami czytelniczymi, które umilają nam czas oraz podyskutować nad kilkoma książkami, które niekoniecznie przypadły nam z różnych powodów do gustu.
Miłość
Astrid Desbordes, Pauline Martin
wyd. Entliczek

Opowieść o Archibaldzie i jego mamie to książka, która wzrusza, zmusza do refleksji i zachęca do poruszenia z dzieckiem wielu ważnych kwestii dotyczących relacji w rodzinie. Często mówimy dzieciom, że będziemy je zawsze kochać, ale co znaczy to zawsze? Mama Archibalda zdradza swój sekret. "Kocham Cię, kiedy jesteś blisko. I gdy blisko jest awantura." to chyba jedno z najbardziej trafiających w sedno wyjaśnień tego "zawsze". Pokochaliśmy tę książkę wszyscy troje. Wracamy do niej bardzo często, czasem tylko odczytując kolejne zdania, czasem zatrzymując się dłużej na wybranym fragmencie (D. długo przeżywała fragment o awanturze - głaskała Archibalda, żeby się uspokoił albo dawała całusa mamie, kilka razy zdarzyło jej się nawet rozpłakać), a czasem przenosząc przykłady z książki na nasze codzienne życie. Polecamy Wam tę lekturę baaaardzo! Uważam, że nie może jej zabraknąć w żadnej dziecięcej biblioteczce!
Proszę mnie przytulić
Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak
wyd. EZOP Agencja Edytorska
Od 1 do 10
Ola Cieślak
wyd. Dwie Siostry
--------------------------------------------------------------------------------------------
SPOZA TROCHĘ FAJNYCH ZBIORÓW
Chociaż uwielbiamy czytać, wypożyczać i kupować książki, wciąż wielu nam jeszcze brakuje. O niektórych z nich chciałabym Wam również opowiedzieć, dlatego oprócz krótkiej recenzji tego, co już mamy, w każdym bibliotecznym poście znajdziecie jedną pozycję ekstra.
Jeżeli przypadła Wam do gustu "Miłość" Astrid Desbordes, zajrzyjcie też koniecznie do jej kolejnej książki: "Co mi powiedział tata". Tym razem to tata odpowiada na kolejne nurtujące Archibalda pytania. Wszystko znów okraszone przecudnymi, urzekającymi prostotą ilustracjami Pauline Martin. Być może zbliżający się dzień ojca to dobra okazja, by wzbogacić biblioteczkę o nową piękną pozycję?
"Proszę mnie przytulić" to ciepła historia taty i syna niedźwiedzi, którzy pewnego słonecznego dnia postanowili przytulić wszystkich mieszkańców lasu. Książka otrzymała wiele nagród, a w internecie znajdziecie na jej tematów mnóstwo ochów i achów. Nas jednak nie porwała. Bezdyskusyjnie zachwycają ilustracje Emilii Dziubak, którą znamy i uwielbiamy chociażby za "Rok w lesie". Natomiast sama fabuła mnie osobiście nie przekonuje. Jestem wielką zwolenniczką przytulania jako sposobu na wiele codziennych trudności, ale pomysł chodzenia i przytulania osób spoza grona najbliższych, tak z marszu, bez kontekstu, stworzenia atmosfery zaufania wydaje mi się niezbyt udany. Zwłaszcza że sami bohaterowie zgadzają się na przytulasy raczej z zaskoczenia, czy wręcz strachu. Jako jedna z niewielu "Proszę mnie przytulić" leży u nas odłogiem, choć D. ma do niej jednakowy dostęp jak do wszystkich innych pozycji. I nie chodzi raczej o to, że wyczuwa moją niewielką aprobatę dla książki, jest bowiem kilka wydawnictw, do których ja sięgam niechętnie, a mimo to D. często każe je sobie czytać. Niemniej nie zniechęcam, proponuję jedynie umieścić ją raczej poza czołówką książkowych "mustHave'ów".
Od 1 do 10
Ola Cieślak
wyd. Dwie Siostry
Na koniec propozycja zdecydowanie lżejszego kalibru. "Od 1 do 10" to kartonowa książeczka z krótkimi wierszowanymi tekstami na każdej ze stron. Niewątpliwie posłużyć może do nauki liczb od 1 do 10. Nam przypadła do gustu przede wszystkim ze względu na zabawne, bardzo zręcznie zrymowane teksty (zwłaszcza że książek z rymami w naszej biblioteczce jak na razie nie za wiele) oraz proste, przeurocze ilustracje. To książka, która się nie nudzi, nawet czytana kilka razy pod rząd (a nigdy nie kończy się na jednym razie :D). Polecamy i dla mniejszego malucha, i dla tego trochę większego.
--------------------------------------------------------------------------------------------
SPOZA TROCHĘ FAJNYCH ZBIORÓW
Chociaż uwielbiamy czytać, wypożyczać i kupować książki, wciąż wielu nam jeszcze brakuje. O niektórych z nich chciałabym Wam również opowiedzieć, dlatego oprócz krótkiej recenzji tego, co już mamy, w każdym bibliotecznym poście znajdziecie jedną pozycję ekstra.
Jeżeli przypadła Wam do gustu "Miłość" Astrid Desbordes, zajrzyjcie też koniecznie do jej kolejnej książki: "Co mi powiedział tata". Tym razem to tata odpowiada na kolejne nurtujące Archibalda pytania. Wszystko znów okraszone przecudnymi, urzekającymi prostotą ilustracjami Pauline Martin. Być może zbliżający się dzień ojca to dobra okazja, by wzbogacić biblioteczkę o nową piękną pozycję?
„Czy byłeś dzisiaj grzeczny?” - pytają zazwyczaj rodzice, odbierając dziecko z przedszkola, od niani czy dziadków. „Trzeba być grzecznym” - mówiły dzieci - „bo jak przychodzi Mikołaj, to tylko grzeczne dzieci dostają prezent”
Dzieci więc starają się, jak mogą, żeby sprostać wyzwaniu. Ktoś każe im być cicho, ktoś inny myć ręce przed i po jedzeniu, jeszcze ktoś inny oczekuje, że cierpliwie będą czekać w kolejce w sklepie, bez marudzenia o kolejną zabawkę. Czasem przyjdzie jakaś pani Joasia poprowadzić warsztat i każe grzecznie usiąść do stołów i grzecznie rysować rysunek, właściwie to odrysowywać go od szablonów. I choć to dość nudne, często trudne, bo szablony za małe, za kanciaste i ogólnie nic w tym fajnego, skoro nie można nic od siebie, ani nawet kształtu, ni wielkości zmienić, to przecież trzeba być grzecznym, trzeba trzymać się narzuconych zasad, trzeba mieścić się w szablonie na rysunku i w życiu.
Trzeba się dostosować. Tak mówią dorośli. I dzieci się dostosowują. Są plastyczne, zdatne do formowania, bywają więc miłe i przyjazne jak serce, kotek, zajączek, uśmiech, jak gładka kulka (mówią dzieci). Chociaż czasami przypominają bardziej coś złego, groźnego i nieprzyjemnego jak piorun, pożar, potwór, coś z kolcami. I wtedy dorośli mówią: „Jesteś niegrzeczny”.
To jaki w końcu jestem? Wczoraj grzeczny, dziś niegrzeczny… No jaki?
Ano ani taki, ani taki. Bo każdy z nas poza plastyczną zewnętrzną częścią, która zmienia się z zależności od sytuacji, którą zmieniają różni ludzie, czegoś od nas oczekując, ma w sobie takie twarde, niezmienne coś. Gdzieś w środku, nie wiadomo dokładnie gdzie, podobno gdzieś w sercu, w duszy albo w głowie. Taki nasz orzech, który można ugniatać, ściskać, kulać, a on nadal pozostaje taki sam. To jesteśmy my. Ani grzeczni, ani niegrzeczni. Po prostu my.
Możemy zachowywać się różnie. Czasem warto zachowywać się grzecznie, żeby dostać prezent od Mikołaja, żeby innym sprawić przyjemność albo żeby nauczyć się dobrych rzeczy na przyszłość (mówią dzieci). Ale nie zawsze warto zachowywać się grzecznie.
Bo czasem ktoś tę naszą miękką zewnętrzną kulkę zgniata albo ciągnie tak mocno, że zaczyna boleć nas wewnętrzny orzech. To niedobrze. I wtedy wcale nie należy zachowywać się grzecznie. Wtedy właśnie najczęściej zmieniamy się w piorun albo jak Lusia, bohaterka książki „Grzeczna”, w czołg czy młot i krzyczymy głośno, tupiemy nogami i to jest dobre, bo nas ratuje. A czasem wcale nie trzeba krzyczeć, nie trzeba czekać, aż zaboli mocno. Kiedy ktoś przychodzi i gniecie tą naszą kulkę, trzeba powiedzieć mu „STOP!” „NIE RÓB!”, „NIE CHCĘ!”, „NIE LUBIĘ!” Mamie i tacie, dziadkowi i babci, siostrze i bratu, koledze i koleżance, sąsiadowi, pani w sklepie, nauczycielce w szkole i tak samo pani Joasi, gdy każe grzecznie siedzieć przy stole i grzecznie odrysowywać szablony. A potem mężowi, żonie i szefowi w pracy :)
Bo grzeczność jest jak szablon, który czasami nam ułatwia życie, ale bardzo często zupełnie nie pasuje do naszych potrzeb.





















