Dzisiaj Dzień Babci i wszyscy chwalą się prezentami, jakie kupili. My naszym nie możemy się jeszcze pochwalić, bo niestety ze względu na skomplikowanie przygotowań ma niewielką obsuwę czasową, pochwalimy się za to bardzo chętnie prezentem gwiazdkowym, jaki przygotowaliśmy dla babć i dziadków. Bardzo lubimy prezenty samodzielnie zrobione, jak D. podrośnie na pewno będziemy jej pomagać we wszelkich robótkach ręcznych, a na razie korzystamy z talentów fotograficznych TFT i pomysłowości Pinteresta. A więc... tamtararam! Dziadkowie dostali pod choinkę kalendarz, który skrupulatnie przygotowywaliśmy cały rok! Każdego miesiąca robiliśmy D. zdjęcie w tym samym fotelu, by potem zamieścić je na kartach kalendarza. Ale radochę z efektów mieliśmy nie mniejszą od obdarowanych, bo nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy, jak bardzo D. zmieniała się na tych krótkich, miesięcznych odcinkach! Chcieliśmy miesięczne zdjęcia robić tylko przez pierwszy rok, ale zachwyceni efektami już pstrykamy kolejne, w nowej stylizacji. Pochwalimy się... za rok :)
Komunikacja wielu dorosłych z dziećmi jest... komiczna. Stała się nawet przedmiotem żartów sceny kabaretowej. Co mam na myśli? Mówimy do dzieci, jak gdyby były... zwyczajnie głupie. "No jak pięknie to zjadłeś, puci puci puci", "A kto jest taki śliczny i mały i kochany?", "Teodorku tego nie dotykaj, nunu, to jest bardzo fuj be!" Znacie to? Przecież dzieci to też ludzie! Mali, ale ludzie! Są w stanie Was zrozumieć! Ciekawa jestem, jak czuliby się dorośli, gdyby ktoś rozmawiając z nimi mówił: "No brawo Michałku, pięknie wypełniłeś te papierki i przygotowałeś raporcik dla szefuńcia! Zuch! Dostaniesz w domku za to przepyszne papu.";) Wiem, że wiele osób uważa takie wyrażenia w stosunku do dzieci za pieszczotliwe, za wyraz miłości i troski. Ale te uczucia można wyrazić także posługując się "normalnym" językiem ;)Mam dość blisko świetny przykład, że sposób mówienia działa wychowawcze cuda. Córka znajomej to chyba najwspanialej wychowywane dziecko jakie znam. "Jaka jest Twoja recepta?" zapytałam mamę. "Od najmłodszych lat mówię do niej jak do rozumnego człowieka, którym przecież jest. Wszystko jej tłumaczę i rzeczowo opowiadam. Robię to odkąd była w zasadzie niemowlakiem. I wiem, że na swój sposób ona zawsze to rozumiała."Można? Można!
Wzbudził on nieco emocji, zresztą co się dziwić, uderzył w niemalże wychowawczy dogmat, w końcu miłość i troskę wobec dziecka należy wyrażać specjalnym językiem! Pamiętam, jak w czasie studiów mnie samą zaskoczyło, że są ludzie, którzy rozmawiają ze swoimi pociechami językiem dorosłych. Ba! Że tzw. język nianiek jest w środowisku logopedycznym bacznie obserwowany i że może przynosić negatywne konsekwencje dla rozwoju mowy dziecka. Wydawało mi się, że ktoś próbuje postawić świat na głowie. Że w imię teorii naukowych jest w stanie odebrać rodzicom jedno z najważniejszych narzędzi w budowaniu relacji, wyrażaniu miłości, że chce odebrać dzieciństwu barwy. Ale przez te kilka lat mojej pracy zawodowej, a jeszcze bardziej przez ostatnie dwa lata, w czasie których intensywnie zdobywam wiedzę, a od roku również weryfikuję ją w praktyce, diametralnie zmieniłam w tej kwestii (jak i w wielu innych) zdanie. I choć może autor cytowanego posta wyraża się dość radykalnie, podpisuję się pod jego opinią obiema rękami.
Przyzwyczailiśmy się mocno do tego, że niektóre zachowania w stosunku do dzieci są normalne, wręcz oczywiste. W końcu wszyscy tak robią. Na przykład wszyscy pieszczą się, mówiąc do dzieci. A skoro sprawia nam to przyjemność i wszyscy tak robią, to nie może być przecież w tym nic złego. Dzieci są takie malutkie i słodziutkie, że należy mówić do nich w ten sposób. Trzeba zdrabniać, zmiękczać i używać monosylab, żeby dziecko zrozumiało, wszak dorosły język jest tak twardy trudny i brutalny.
Co więc jest złego w pieszczeniu się w komunikacji z dzieckiem?
Przede wszystkim, moim zdaniem, robimy w ten sposób dzieciom pod górkę. Z jednej strony słuchają naszych rozmów z innymi dorosłymi, ze starszymi dziećmi, czytanych przez nas bajek, radia, telewizji (choć mam nadzieję, że nie za często! :D ) i uczą się w ten sposób języka polskiego. Z drugiej słuchają gwary, jaką posługujemy się w stosunku do nich. Niby to podobne, ale jednak nie to samo. Muszą więc nauczyć się jakby dwóch języków - tego normalnego i tego dedykowanego im. Powiecie: „bez przesady, przecież to to samo, tylko nieco zdrobnione”. Bynajmniej. Dla dziecka wchodzącego w świat języka każde nowo usłyszane słowo jest abstrakcyjnym zjawiskiem, który trzeba przypiąć do rzeczywistego desygnatu. Dzieci budują swój słownik od podstaw, nie wiedzą jeszcze, co to rodziny wyrazów czy synonimy. A my, zamiast uprościć im drogę zdobywania kompetencji językowych, dorzucamy nowe słowa, które dzieci muszą w swoich głowach rozpracować, by ostatecznie przypisać je jako wersję alternatywną dla istniejącego już najprawdopodobniej w ich słowniku pojęcia podstawowego. Nie byłoby to może aż tak skomplikowane, gdyby istniała tylko jedna odmiana języka dedykowanego dzieciom. Niestety każdy dorosły przychodzi do dziecka z własnym puciającym dialektem. I tak maluch patrząc na swoją dolną kończynę rozwija w swoim słowniku biernym listę: noga, nóżka, nózia, nónka, nóneczka, nónusia, noguś, nóżuś, szpyrka, szpytka, swatek, syrka, kiszonka, kopytko… Z nich wszystkich musi wybrać słowo, którym się będzie posługiwać. Wszystko po to, by ostatecznie prędzej czy później dojść do posługiwania się formą: „noga”. Zamiast zająć się w tym czasie zdobywaniem nowych doświadczeń, poznawaniem nowych słów. Tym bardziej, że w swym przepełnieniu zachwytem zaczynamy się nakręcać. Nie wystarczy nam „buźka”, wymyślamy „buziuńkę”, „buziunieczkę”, „buziuniunię”. Urocze, pełne słodyczy, genialne przykłady zabawy słowotwórczej, niosące ogromny pozytywny ładunek emocjonalny, dające upust niewypowiedzianej rozkoszy, jaką wywołują u nas dzieci. Ale utrudniające pracę tym małym głowom. (Wyobraźcie sobie siebie podczas nauki języka obcego!)
Ale czy jeśli jako matka mówię o D.: „córka”, łapiąc ją za rękę i całując ją w nos, nie kocham jej mniej, niż gdybym moją córeczkę łapała za rączkę i całowała w nosek? Czy jej świat staje się przez to bardziej oschły, szorstki i szary? Czy jestem w stanie wyrazić miłość i ukazać piękno tego świata używając jedynie… języka literackiego? A czyż mistrzami mówienia o miłości i pięknie świata nie są li poeci? Co więcej, czy jedną z podstaw miłości nie jest szacunek wobec kochanego człowieka?
Czemu więc „mówimy do dzieci, jak gdyby były... zwyczajnie głupie”? Dosadnie powiedziane. Ale czy faktycznie tak nie jest? Upraszczamy formy, bo dziecko pełnych nie zrozumie. No może zrozumie, ale nie powtórzy.
Mózg dziecka wykorzystuje jakieś 80% możliwości, dorosły jakieś 30% (nie daję sobie uciąć ręki za dokładność tych liczb, ale na pewno oscylują wokół tego). Przypomnijcie sobie ten fakt za każdym razem, kiedy najdzie Was myśl, że dziecko czegoś nie zrozumie. To prawda, dziecko może czegoś nie zrozumieć od razu, może nie powtórzyć, ale jego mózg po zetknięciu się z takim wyzwaniem będzie nad nim pracował. Po drugim, trzecim, dziesiątym, a nawet setnym zetknięciu, wreszcie złamie szyfr. Podając mu substytut, pozbawiamy go tego intelektualnego treningu. To tak jak byśmy podawali dziecku papki, kiedy ono potrzebuje nauczy się rzuć. Może i szybciej zrozumie, szybciej powtórzy, ale będzie to sukces na małą skalę, okupiony za cenę większego sukcesu, mały krok za cenę skoku.
Zgadzam się z tym, że niektóre formy są dla dziecka łatwiejsze do powtórzenia i będzie ono w stanie szybciej wprowadzić je do swojego czynnego słownika niż formy pełnowartościowe. Ale „fuj”, „be”, „nunu” brzmią jak komendy dla psa. Jeśli szukamy krótkiego, dźwięcznego komunikatu, łatwego dla dziecka do powtórzenia, który ma oznaczać, że czegoś nie należy robić, czyż nie wystarczy właśnie proste polskie „nie”?
Czego o świecie uczymy dzieci, mówiąc do nich w taki sposób? Że nie wierzymy w ich możliwości. Że nie są w pełni wartościowymi ludźmi. Że dopiero kiedy dorosną, staną się równi nam i zasłużą na równe traktowanie i posługiwanie się prawdziwym językiem polskim.
Do końca XIX wieku kategoria dzieciństwa nie istniała, a za tym również specjalne podejście do kilkuletnich istot. Wynalezienie dzieciństwa pozwoliło zrozumieć odmienność dziecięcej psychiki, potrzeb, sposobu postrzegania świata. Ale poza oczywistymi pozytywnymi konsekwencjami przyniosło również konsekwencje negatywne. Poprzez odrębne traktowanie dzieci stają się grupą społecznie wykluczaną. Język jest narzędziem władzy. Między innymi mówiąc do dzieci w sposób infantylny (bo oczywiście temat komunikacji z dziećmi jest o wiele wiele szerszy) odsuwamy je na margines społeczny, jako elementy nie w pełni wartościowe (podobnie jest z chorymi, seniorami, osobami o niższym poziomie inteligencji itd.). Dajemy im do zrozumienia, że nie są w pełni ludźmi, że staną się nimi dopiero, gdy dorosną. I że to my zdecydujemy, kiedy się to stanie. Za pomocą odrębnego języka kierowanego do dzieci dopuszczamy się na nich przemocy symbolicznej. Poczytajcie sobie do snu Foucaulta albo uwierzcie na słowo.
Wiem, wielu z Was zaczyna się w tym momencie burzyć, wywracać oczami, a w Waszych głowach tłucze się teraz wielkie: „bez przesady”. Jeszcze całkiem niedawno podobne reakcje wywoływało w ludziach mówienie o różnicach w traktowaniu ze względu na płeć czy kolor skóry. Tu kryterium różnicującym jest wiek. Może warto spojrzeć na sprawę z dystansem i przeanalizować, czy wobec tych, których najbardziej kochamy, nie dopuszczamy się niedostrzegalnego marginalizowania.
Kochane puciające mamy, babcie, ciocie, czasem pewnie też tatusiowie, dziadkowie i wujkowie! Nie odbierajcie tego jako krytyki. Ja wiem, że tak słodko pucia się do małych dzieci. Że wywołują w nas one odruchy, nad którymi się nie zastanawiamy. Czy jednak w relacji dorosły-dziecko akcent nie powinien być postawiony na dziecku? Czy to, co nam sprawia przyjemność, co my chcemy wobec dziecka, nie powinno być mniej istotne niż to, co w rzeczywistości jest dla dziecka dobre? Czy długofalowa korzyść nie jest istotniejsza niż chwilowa przyjemność?
Ale nawet jeśli nie zgadzacie się z moimi przemyśleniami, zachowajcie je proszę gdzieś z tyłu głowy, wróćcie do nich za jakiś czas. Jeszcze do niedawna łapanie dzieci za policzki, bo takie słodkie, czy całowanie i przytulanie, bo aż trudno się oprzeć, wydawało nam się zupełnie normalnym zachowaniem. Dziś głośno mówi się o tym, że nie należy tego robić, że przekracza się w ten sposób granicę nienaruszalności cielesnej dziecka, wchodzi się w jego strefę komfortu. I jestem przekonana, że podobnie za jakiś czas będzie z językiem.
Nie chodzi o to, by się kontrolować, by mówić w sposób sztuczny i oschły. Nie chodzi o to, by zupełnie nie używać zdrobnień ani wyzbyć się całkowicie domowego słowotwórstwa. Ani też oto, by się usprawiedliwiać, „bo to tak tylko troszeczkę, bo się nie mogę powstrzymać….” Chodzi o to, by przemyśleć sprawę, ustosunkować się do tego tekstu, do innych źródeł mówiących o komunikacji i relacji z dzieckiem w ogóle. I by robiąc coś, mówiąc coś, robić to świadomie, wiedząc co i dlaczego robimy.
Najważniejszą rzeczą, jaką, moim zdaniem, powinni robić rodzice, jest poddawanie refleksji swoich zachowań w stosunku do dzieci. Robienie czegoś, bo tak robią wszyscy/bo tak robi się od zawsze/bo tak robiłam przy pierwszym dziecku i wyrosło na zdrowe i mądre/bo my też tak byliśmy wychowani i nikomu z nas to nie zaszkodziło/bo tak każe jakaś metoda/bo inaczej zakazał specjalista ds wychowania nie powinno mieć w ogóle miejsca. Nie ma chyba co do tego wątpliwości, że każdy normalny rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Dlatego relacja z dzieckiem nie powinna być oparta na wypadkowej zebranych gdzie bądź doświadczeń, ale na świadomym wyborze. Dlaczego więc tak robię? Dlaczego mówię w taki, a nie inny sposób? Jak wpływa to na moje dziecko?
Jestem przeciwniczką narzucania jednego sposobu myślenia, wychowania i nie mam zamiaru przekonywać Was dzisiaj, że należy mówić tak, a nie inaczej. Chciałabym jednak rzucić nieco światła na kwestię języka, jakim zwracamy się do dzieci. Dać Wam trochę do myślenia. Zwrócić uwagę na konsekwencje, których być może nie byliście świadomi.
A teraz idę ucałować moją córunię w czółko. Z zachowaniem zdrowego rozsądku :)
Zawsze dziwiłam się kobietom, które nie chciały, by ich mąż/partner był z nimi na sali porodowej. Staram się szanować odmienny punkt widzenia, ale zupełnie nie rozumiem. Nie wyobrażam sobie rodzić w samotności. Tych godzin na sali porodowej bez kogoś trzymającego za rękę. Tej chwili, kiedy po raz pierwszy widzi się swoje dziecko, kiedy staje się oko w oko z cudem narodzin bez tych drugich zachwyconych oczu obok.
Nie jestem w stanie zrozumieć ojców, którzy nie chcą być świadkami narodzin swojego dziecka. Którzy odpuszczają te pierwsze, najważniejsze według mnie, minuty budowania więzi. Którzy wolą czekać w domu/na szpitalnym korytarzu, nie wiedząc, co się dzieje z maluchem i jego mamą. Którzy twierdzą, że nie dadzą rady.
My nie mamy wyjścia, musimy dać radę, nie możemy powiedzieć: „Kochanie, ja poczekam za drzwiami”. I dajemy radę, choć bywa trudno.
Zanim urodziła się D. Byłam jeszcze bardziej radykalna. Myślałam: „No żesz, bez przesady, kobieta męczy się, cierpi, a ten ma tylko siedzieć, trzymać za rękę i mówi, że nie da rady?” Na szczęście dla TFT nigdy nie było innej opcji, niż towarzyszenie mi podczas porodu. Zresztą on nawet w byciu w ciąży mi towarzyszył. Mówił: „Jesteśmy w ciąży”. Zawsze wywoływało to uśmiech na moich ustach, ale dawało też poczucie bezpieczeństwa. Cokolwiek będzie, nie jestem z tym sama. Podczas pakowania torby szykował koszulę, w której mógłby w razie czego D. kangurować. Taki ojciec przez duże „O’. I w czasie porodu był ze mną cały czas. Od pierwszych symptomów w domu, przez chwile zwątpienia na szpitalnej sali (te, kiedy myśli się: „Już nigdy więcej żadnych dzieci!” I mówi się: „Ja chcę do domu!”), po pierwsze zdjęcie, jakie zrobił D., gdy tylko zawitała na świecie.
I wiecie co? W tych małych przebłyskach świadomości podczas porodu (a nie było ich zbyt wiele, bo D. długo kazała na siebie czekać, ale jak już się wybrała w drogę, to bardzo jej się spieszyło) myślałam o tym, jak trudne zadanie ma mężczyzna - przez tę niewiadomą ilość godzin może tylko siedzieć i patrzeć, nie mogąc nic zrobić. Niezaprzeczalnie rola kobiet jest o wiele trudniejsza, ale my, wciągnięte w wir postępującej akcji porodowej, jesteśmy skoncentrowane na działaniu - na parciu, oddychaniu, ból odłącza nam część świadomości. A oni, w pełni świadomi tego co się dzieje - naszego cierpienia, niepokoju czy wszystko aby na pewno idzie jak trzeba, wątpliwości wypowiadanych przez nas w emocjach mogą jedynie trzymać nas za rękę czy głaskać po głowie (o ile w ogóle damy się dotknąć). Mnie osobiście bezsilność frustruje najbardziej. A przy tym wszystkim muszą trzymać emocje na uwięzi, muszą robić dobrą minę do złej gry, muszą dać nam spokój i poczucie bezpieczeństwa.
Nie wyobrażałam sobie nawet, jak trudne to zadanie. Panowie, szacun. Nie siedziałam nigdy w głowie żadnego z Was, ale mogę się tylko domyślać, jaki doświadczenie wspólnego porodu kładzie fundament pod bycie ojcem. Jestem przekonana, że pomimo tych trudnych godzin na początku, dużo pewniej buduje się potem swoją ojcowską osobowość.
Dziękuję, TFT. To naprawdę bardzo dla mnie ważne, że rok temu byliśmy tam razem.
Ale przecież Ty to wiesz.
Nie jestem w stanie zrozumieć ojców, którzy nie chcą być świadkami narodzin swojego dziecka. Którzy odpuszczają te pierwsze, najważniejsze według mnie, minuty budowania więzi. Którzy wolą czekać w domu/na szpitalnym korytarzu, nie wiedząc, co się dzieje z maluchem i jego mamą. Którzy twierdzą, że nie dadzą rady.
My nie mamy wyjścia, musimy dać radę, nie możemy powiedzieć: „Kochanie, ja poczekam za drzwiami”. I dajemy radę, choć bywa trudno.
Zanim urodziła się D. Byłam jeszcze bardziej radykalna. Myślałam: „No żesz, bez przesady, kobieta męczy się, cierpi, a ten ma tylko siedzieć, trzymać za rękę i mówi, że nie da rady?” Na szczęście dla TFT nigdy nie było innej opcji, niż towarzyszenie mi podczas porodu. Zresztą on nawet w byciu w ciąży mi towarzyszył. Mówił: „Jesteśmy w ciąży”. Zawsze wywoływało to uśmiech na moich ustach, ale dawało też poczucie bezpieczeństwa. Cokolwiek będzie, nie jestem z tym sama. Podczas pakowania torby szykował koszulę, w której mógłby w razie czego D. kangurować. Taki ojciec przez duże „O’. I w czasie porodu był ze mną cały czas. Od pierwszych symptomów w domu, przez chwile zwątpienia na szpitalnej sali (te, kiedy myśli się: „Już nigdy więcej żadnych dzieci!” I mówi się: „Ja chcę do domu!”), po pierwsze zdjęcie, jakie zrobił D., gdy tylko zawitała na świecie.
I wiecie co? W tych małych przebłyskach świadomości podczas porodu (a nie było ich zbyt wiele, bo D. długo kazała na siebie czekać, ale jak już się wybrała w drogę, to bardzo jej się spieszyło) myślałam o tym, jak trudne zadanie ma mężczyzna - przez tę niewiadomą ilość godzin może tylko siedzieć i patrzeć, nie mogąc nic zrobić. Niezaprzeczalnie rola kobiet jest o wiele trudniejsza, ale my, wciągnięte w wir postępującej akcji porodowej, jesteśmy skoncentrowane na działaniu - na parciu, oddychaniu, ból odłącza nam część świadomości. A oni, w pełni świadomi tego co się dzieje - naszego cierpienia, niepokoju czy wszystko aby na pewno idzie jak trzeba, wątpliwości wypowiadanych przez nas w emocjach mogą jedynie trzymać nas za rękę czy głaskać po głowie (o ile w ogóle damy się dotknąć). Mnie osobiście bezsilność frustruje najbardziej. A przy tym wszystkim muszą trzymać emocje na uwięzi, muszą robić dobrą minę do złej gry, muszą dać nam spokój i poczucie bezpieczeństwa.
Nie wyobrażałam sobie nawet, jak trudne to zadanie. Panowie, szacun. Nie siedziałam nigdy w głowie żadnego z Was, ale mogę się tylko domyślać, jaki doświadczenie wspólnego porodu kładzie fundament pod bycie ojcem. Jestem przekonana, że pomimo tych trudnych godzin na początku, dużo pewniej buduje się potem swoją ojcowską osobowość.
Dziękuję, TFT. To naprawdę bardzo dla mnie ważne, że rok temu byliśmy tam razem.
Ale przecież Ty to wiesz.
Spojrzałam dziś na zegarek i z dumą stwierdziłam, że dopiero 10.30, a ja już umyta, ubrana, dziecko oporządzone, obie jesteśmy po śniadaniu, a kuchnia, którą wieczorem zarzuciłam zaniedbaną, wraca powoli do ładu. Zdarzają się czasem takie dni, kiedy wszystko idzie sprawnie, a matka czuje się jak superhero. Wszystko wskazywało na to, że mamy dziś taki dzień.
Jakież było moje zdumienie, gdy o godzinie 12.30 stanęłam na środku mieszkania z dylematem - powiesić pranie/złożyć zdjęte pranie/odkurzyć/umyć podłogi/posprzątać wyjęte przez dziecko garnki/i rzeczy z szuflady/i klamerki do bielizny/i zabawki/i szmatki w łazience/i pieluchy z grzejnika. Nie wiadomo kiedy w domu zapanował istny armagedon, lista prac do zrobienia na dziś wydłużyła się niemiłosiernie, a ja zdezorientowana nie wiedziałam, co robić dalej. No bo takie piękne słońce - aż żal nie pójść na spacer albo pójść, jak już będzie zachodzić. Z drugiej strony spacer o tej porze z dzieckiem, które nie miało drzemki (a przeszło ostatnio na jedną dziennie) równa się drzemce na spacerze, czyli zeru czasu wolnego w domu. Tymczasem w zanadrzu pięć postów do napisania (a przynajmniej ten jeden), a od jakiegoś czasu wczesne południe to jedyna pora, kiedy mam na tyle świeży umysł, żeby coś napisać. No i tak czy siak nadal ta lista rzeczy do zrobienia…
I powiedzcie mi, jak kobiety wracały kiedyś po 6 miesiącach do pracy? Jeszcze wcześniej po 3? A niektóre nadal tak wracają?
Dzisiaj skończył mi się urlop macierzyński i z przerażeniem myślę o tym, co by było, gdybym nie miała jeszcze zaległego urlopu wypoczynkowego, a w zanadrzu możliwości pójścia na wychowawczy. Czyli generalnie gdybym jutro musiała wrócić do pracy! Do tego wszystkiego niezrobionego doszłyby jeszcze obowiązki związane z pracą, że o samym czasie poza domem nie wspomnę.
Myślałam sobie, że rok to całkiem sporo czasu, że zdążymy się z D. sobą nacieszyć. 365 dni to przecież dużo. Będziemy się bawić, spacerować, poznawać świat.
Rok przeleciał jak z bicza strzelił. I wiecie co? Kończę go z poważnymi wyrzutami sumienia.
Kiedy D. miała 2 tygodnie, a ja byłam perfekcyjną panią domu, która miała posprzątane, poprasowane, ugotowane, a gości witała świeżo upieczonym ciastem, stanęłam na chwilę przy jej łóżeczku, a ona otworzyła swoje małe, ciągle śpiące oczęta i nie mogłam już odejść. Za chwilę mieli przyjechać rodzice TFT i powinnam jeszcze odkurzyć, bo od poprzedniego odkurzania minęło już jakieś 24h, ale w tamtej chwili wiedziałam jednoznacznie, co jest najważniejsze. Najważniejsza jest Ona. Nic więcej. Obiecałam sobie wtedy, że nigdy żadne obowiązki nie będą ważniejsze, niż ten mały cud.
Mam poczucie, że nie dotrzymałam danego słowa.
Przez pewien czas nawet nie było to takie trudne - D. dużo spała w ciągu dnia, gotowanie obiadów przejął na siebie całkowicie TFT, wykonanie całej reszty prac udawało się więc wpasować w pory drzemek i wieczory. Z czasem jednak TFT musiał wrócić do pracy, potem doszły obowiązki związane z naszym pobytem w Darłówku, doba zaczęła się mocno kurczyć, niestety proporcjonalnie z długością drzemek D. Kiedy jeszcze do tego wszystkiego doszło rozszerzanie diety - przygotowywanie posiłków, szukanie inspiracji, zdobywanie wiedzy - uświadomiłam sobie, że ciągle jestem czymś zajęta. D. jest wyjątkowo cierpliwym dzieckiem, ale częstotliwość jej postękiwania, wdrapywania się na kolana, wyciągania rąk ku górze i moich rzucanych na prawo i lewo: „Jeszcze chwilka.”, „Jeszcze tylko to skończę”, „Już, już prawie” zaczęła mnie najzwyczajniej smucić.
No bo przecież nie po to jestem na urlopie macierzyńskim, żeby moje dziecko musiało ciągle na mnie czekać.
Młode mamy często żalą się, że mówi się: „Jak to nie masz czasu, przecież siedzisz z dzieckiem w domu.” Nie siedzimy. A urlop macierzyński z urlopu ma tyle, że nie pojawiamy się wtedy w zakładzie pracy. Ale nie siedzimy, nie odpoczywamy, nie bawimy się całymi dniami. Sprzątamy, gotujemy, pierzemy, prasujemy, robimy zakupy, karmimy, przewijamy, usypiamy, planujemy najbliższą przyszłość, chodzimy do lekarzy., etc., etc. Czy jednak zamiast narzekania na nasz ciężki los i pretensji do ludzi, którzy nie rozumieją naszej roli, nie powinnyśmy raczej przyjrzeć się sobie?
Urlop macierzyński nie powinien służyć do utrzymywania domu w czystości i doskonalenia zdolności kulinarnych. Urlop macierzyński powinien służyć do spędzania czasu z dzieckiem. Te 8 godzin, które normalnie spędziłybyśmy w pracy, powinno należeć do dziecka! Oczywiście uwzględniając nakarmienie, przewinięcie, wszystkie czynności pielęgnacyjne, ale przede wszystkim zabawę, spacery, poznawanie siebie i świata. Przecież gdybyśmy nie były na urlopie, przez te 8 godzin nie gotowałybyśmy obiadów, nie robiły prania i nie sprzątały mieszkania. To wszystko robiłybyśmy po pracy! (Zresztą mam nadzieję, że wspólnie z drugą połówką, w końcu to wspólny dom i wspólne sprawy.) Dlaczego więc, skoro wcześniej nie mówiłyśmy pracodawcy: „Panie dyrektorze, proszę poczekać, pokroję tylko cebulę”, mówimy to naszym dzieciom? Wśród tych wszystkich obowiązków ginie nam z oczu najważniejsze - nasze dzieci. Przepadają wśród sterty prania, kocich kłaków na podłodze, siat z zakupami i naszego zmęczenia. „Mama zaraz przyjdzie, tylko…” Ile razy wypowiedziałyście to zdanie?
Ja łapię się na tym regularnie. Zawsze jest jakieś „Jeszcze tylko…” Uświadomiłam to sobie dopiero miesiąc temu, jak któregoś dnia zawędrowałam za D. do jej pokoju. Przysiadłam i przyglądałam się, jak się bawi. Zaczęła wyjmować z pudełka różne rzeczy i z uśmiechem podawać je mi. Uświadomiłam sobie, że takich chwil prawie w ostatnim czasie nie było. Ciągle miałam coś do zrobienia, a D. bawiła się obok, regularnie domagając się uwagi.
Niezaprzeczalnie matkom z urzędu należy się szacunek za ich wytrwałość, wielozadaniowość, za umiejętność adaptacji do każdych warunków, za milion różnych rzeczy. Ale wcale nie musimy nikomu udowadniać, że jesteśmy superhero, że potrafimy wszystkiemu podołać. Nie musimy.
Musimy zadbać o siebie. Bo nasze dzieci zasługują na wypoczęte (choć odrobinę) i skupione na nich matki, na entuzjazm w naszych oczach, na cierpliwość i łagodny uśmiech. Odpuśćmy sobie. Nieważne, co inni o nas myślą, to nie ich matkami jesteśmy. Ważne, co myślą o nas te małe człowieki, dla których jesteśmy centrum Wszechświata i które patrząc na nas, uczą się życia. Czego chcemy ich nauczyć? Co chcemy im dać?
Nie postuluję tu teraz, żebyście zarzuciły wszystkie domowe obowiązki i przez 8 godzin siedziały z dzieckiem na dywanie. Wiadomo, że są obowiązki, których nie da się uniknąć, których nie da się przesunąć w czasie. Postuluję jednak zwiększenie proporcji czasu spędzonego z dzieckiem, kosztem tego poświęconego innym obowiązkom. Na pewno są rzeczy, które panowie zrobią bez mrugnięcia okiem, jeśli tylko ich o to poprosimy. Na pewno są też takie, które cierpliwie poczekają i nawet niezrobione, nikomu nie zrobią krzywdy.
Ja dziś obiecuję sobie, że choć nie dotrzymałam danego rok temu słowa, nie będę już więcej marnować tego cennego czasu. Ten czas, mój czas w domu należy do D. Pewnie więc nie będzie mnie tu częściej, ale myślę, że mi wybaczycie. A nawet jeśli miałabym stracić kilku czytelników, to niewielka cena w porównaniu ze szczęściem tej małej istoty, na którą przecież tak bardzo czekaliśmy. Teraz więc ona nie powinna już czekać na nas.

W czwartek minie rok odkąd D. jest z nami. Choć dni mijają nam zwyczajnie, a myśli zaprzątnięte mamy przygotowaniami do roczkowej imprezy, wracają wspomnienia i emocje, jakie towarzyszyły mi rok temu. Melancholia pomieszana z niepokojem, zagubieniem, strachem przed nieznanym, a wszystko to okraszone atmosferą tajemnicy i oczekiwania. Niesamowite, że po roku to wszystko nadal we mnie tak żywe. Włączyłam dziś płytę, która miała towarzyszyć mi podczas porodu. Żaden ze mnie meloman, jeśli TFT nie włączy radia, potrafię cały dzień spędzić w ciszy. Ale ta jedna płyta działa na mnie niesamowicie. Mam wrażenie, jakby każdy dźwięk dotykał kawałka mojej duszy. Każdy dźwięk jak delikatne ukłucie, po którym przychodzi ukojenie. Nie miałam wątpliwości, że to właśnie przy tej muzyce chcę urodzić D. Nie wiem, czy znacie islandzki zespół Sigur Ros. Jeśli nie, koniecznie posłuchajcie tej płyty: Sigur Ros Með suð í eyrum við spilum endalaust

Pakując torbę porodową czytałam, że dziewczyny biorą ze sobą różne rzeczy, które mają zwiększyć komfort podczas tych niełatwych godzin - ulubioną poduszkę, koc, świeczki zapachowe. Wydawało mi się to zbędne, ale pomysł z wzięciem małego głośniczka i własnej muzyki sprawiał, że czułam się spokojniejsza. Bardzo przeszkadzało mi, że nie udało nam się zobaczyć wcześniej sali porodowej. Wiadomo, że trudno przygotować się na poród, ale możliwość zwizualizowania sobie chociaż otoczenia zdecydowanie pomogłaby mi nieco się uspokoić. Muzyka, poza obecnością na sali TFT, była więc dla mnie jedyną wiadomą. Wyobrażałam więc sobie mistyczną atmosferę, jaką wprowadza Sigur Ros i nas dwoje trzymający się za ręce.

Ostatecznie nie zdecydowałam się włączyć muzyki podczas porodu. Wybrałam ciszę, choć momentami przywoływałam w myślach Fljótavík I do dziś, gdy słyszę dźwięki tej płyty, przed oczami staje mi sala porodowa, przygaszone światła, ja na łóżku i TFT trzymający mnie za rękę. Słuchaliśmy tej płyty każdego dnia po powrocie do domu podczas wieczornych przygotowań do snu. Po trzech miesiącach wydawało mi się, że już przywykłam, zmieniliśmy nawet wieczorną muzykę na ścieżkę dźwiękową z "Teorii wszystkiego". Ale któregoś dnia po położeniu D. spać zgasiłam światło i włączyłam tę płytę. Zamknęłam oczy i znów była noc 24-go listopada. Te dźwięki już zawsze będą przenosiły mnie do tych najbardziej magicznych chwil. Słucham dziś i słucham, i tylko żałuję, że nie mogę choć na chwilę wrócić do tamtego dnia.
Sezon prezentowy przed nami - za 3 tygodnie roczek, potem mikołajki i Boże Narodzenie. Pierwsze podarunki dla D. zaczynają już spływać. Po drodze jeszcze okazje-bez okazji - spotkania z ciotkami i wujkami, a przy nich ot, paczuszka, żeby było miło. Dopóki nie było D., jakoś zupełnie nie myślałam o tym, że upominki dla maluchów to tak istotna sprawa. Fakt, kiedy byłam mała, do domów, w których były dzieci, zawsze jechało się z jakąś czekoladą. Potem jednak długo żadnych szkrabów w moim otoczeniu nie było i jakoś wywietrzał mi ten zwyczaj z głowy. (Przepraszam Was, wszystkie odwiedzane w ostatnich latach maluchy! Obiecuję poprawę!) Teraz jednak odkrywam na nowo, jak miły to zwyczaj i jak dużo radości potrafi sprawić nawet najmniejszy drobiazg. Muszę przyznać, że cieszę się tymi wszystkimi podarunkami na równi z D. Choć sama w tym roku dostałam kilka naprawdę wypasionych prezentów, Dobrusiowe gifty emocjonują mnie chyba bardziej, niż własne.
Dostaliśmy przez ten rok całkiem sporą ilość podarunków - ciuszki, kocyki, książeczki, grzechotki, dekoracje pokoiku dziecięcego, zabawki manipulacyjne, instrumenty muzyczne i… pluszaki. Cztery króliki, dwa psy, jeden kot, trzy misie, jedna owca, dwa owoce i jeden wiewiór. Nie licząc kilku misiów i psów, które napatoczyły się gdzieś po drodze przez ostatnie kilka lat czy dwóch potworów, które kupiliśmy jej sami. Jedne duże, drugie małe, jedne białe, inne szaro-bure, wszystkie śliczne, milusie i puchate.
Jest coś w pluszowych zabawkach, że automatycznie wyciąga się po nie rękę, by wsadzić do sklepowego koszyka. Pewnie niejeden z ofiarujących chciałby stać się właśnie tym, który podarował MisiaPrzyjacielaNaCałeŻycie. Znam też takich, którzy za punkt honoru stawiają sobie sprezentowanie dziecku największego pluszaka. Ja sama na widok wielu maskotek robię „wooow”.
Jest coś w pluszowych zabawkach, że automatycznie wyciąga się po nie rękę, by wsadzić do sklepowego koszyka. Pewnie niejeden z ofiarujących chciałby stać się właśnie tym, który podarował MisiaPrzyjacielaNaCałeŻycie. Znam też takich, którzy za punkt honoru stawiają sobie sprezentowanie dziecku największego pluszaka. Ja sama na widok wielu maskotek robię „wooow”.
Tylko potem te pluszaki trafiają do domu. Jeden, drugi, dziesiąty…
Każdego otrzymanego pluszaka D. przywitała z entuzjazmem. Niektóre włącza do codziennych zabaw, są takie, które ciąga po mieszkaniu albo śmieje się serdecznie na ich widok. Większość jednak leży bezczynnie na półce, by raz na jakiś czas doświadczyć bycia zrzuconym na podłogę. Nie dlatego, że są nieładne, nietrafione, nielubiane. Po prostu jest ich za dużo.
Z praktycznego punktu widzenia: Pluszaki zajmują sporo miejsca. Zbierają kurz = wymagają regularnego prania, suszenia, a przy tym niszczą się. Mają niewielki zakres możliwości w zabawie (głownie przytulanie) - nie wydają dźwięków podczas uderzania, nie mają otworów, w które można coś włożyć/wyjąć, nie przemieszczają się (nie toczą, nie jeżdżą, nie przewracają - jedynie leżą). Ich główną zaletą jest to, że są urocze i miłe w dotyku.
Ale - uwierzcie mi - są domy, w których te same funkcje pełnią rodzice i zwierzęta ;)
Jeśli więc pojawi się w Waszej głowie pomysł kupienia dziecku pluszaka - kupcie lepiej książkę. Albo awokado, melona, koszyk malin czy opakowanie świeżych daktyli (ewentualnie paczkę kabanosów, jeśli wybieracie się w odwiedziny do pewnej B.)
I na koniec dwie złote zasady wyboru prezentu (choć pierwsza niezwykle trudna w zastosowaniu): 1. Myśl o tym, co spodoba się obdarowywanemu, nie Tobie. 2. Pomyśl, czy prezent będzie sprawiał radość dłużej niż tylko w momencie wręczania (sama niezwykle ucieszyłabym się z pięknej kolii wysadzanej drogimi kamieniami; a potem wsadziłabym ją na dno szuflady i przecierała raz w roku z nagromadzonego kurzu).
Każdego otrzymanego pluszaka D. przywitała z entuzjazmem. Niektóre włącza do codziennych zabaw, są takie, które ciąga po mieszkaniu albo śmieje się serdecznie na ich widok. Większość jednak leży bezczynnie na półce, by raz na jakiś czas doświadczyć bycia zrzuconym na podłogę. Nie dlatego, że są nieładne, nietrafione, nielubiane. Po prostu jest ich za dużo.
Z praktycznego punktu widzenia: Pluszaki zajmują sporo miejsca. Zbierają kurz = wymagają regularnego prania, suszenia, a przy tym niszczą się. Mają niewielki zakres możliwości w zabawie (głownie przytulanie) - nie wydają dźwięków podczas uderzania, nie mają otworów, w które można coś włożyć/wyjąć, nie przemieszczają się (nie toczą, nie jeżdżą, nie przewracają - jedynie leżą). Ich główną zaletą jest to, że są urocze i miłe w dotyku.
Ale - uwierzcie mi - są domy, w których te same funkcje pełnią rodzice i zwierzęta ;)
Jeśli więc pojawi się w Waszej głowie pomysł kupienia dziecku pluszaka - kupcie lepiej książkę. Albo awokado, melona, koszyk malin czy opakowanie świeżych daktyli (ewentualnie paczkę kabanosów, jeśli wybieracie się w odwiedziny do pewnej B.)
I na koniec dwie złote zasady wyboru prezentu (choć pierwsza niezwykle trudna w zastosowaniu): 1. Myśl o tym, co spodoba się obdarowywanemu, nie Tobie. 2. Pomyśl, czy prezent będzie sprawiał radość dłużej niż tylko w momencie wręczania (sama niezwykle ucieszyłabym się z pięknej kolii wysadzanej drogimi kamieniami; a potem wsadziłabym ją na dno szuflady i przecierała raz w roku z nagromadzonego kurzu).










