Mamy taką (można już chyba powiedzieć) tradycję, że z okazji urodzin wywołujemy D. najfajniejsze zdjęcia z całego minionego roku i wyklejamy z nich liczbę określającą jej wiek. Początkowo miał to być tylko akcent z okazji obchodów urodzin, ale ostatecznie zdjęcia zostają z nami cały rok. Często wracamy dzięki nim do wspólnie spędzonych chwil. A dziś po raz pierwszy zawisły zdjęcia N. Kawał historii za nią. Cała masa przygód, wielu przyjaciół, mnóstwo miłości.
Tort gotowy, girlandy powieszone, składniki na śniadanie, żeby jak najmniej jutro tracić czasu na niebycie z moją kochaną jubilatką, przygotowane. Chyba mogę iść spać. Choć najchętniej posiedziałabym i podumała jeszcze chwilę. Urodziny to dla mnie zawsze czas refleksji. I zazwyczaj czas żalu z powodu niewykorzystanych chwil. Dziś szczególnie.
Potem rok temu robiliśmy szersze rozeznanie w ofercie dla maluchów, żeby miała coś swojego, jak urodzi się N.
Plastyka w Sztukarium okazała się bardzo fajna (a z racji zawodowego hopla mam spore oczekiwania!), nie kontynuowaliśmy w sumie dlatego, że chcieliśmy na początek wybrać jedną rzecz, no i wybór padł gdzie indziej.
Potem zaliczyłyśmy wielką wtopę w Just Dance. Ale to taką, że do tej pory mam ciarki, jak sobie przypomnę. Pani była niemiła, nieempatyczna, no i na pewno nie miała bladego pojęcia o potrzebach rozwojowych dzieci. Nie chciałam oceniać po jednym spotkaniu, tłumacząc sobie, że może miała gorszy dzień czy coś. Nie wróciłyśmy sprawdzać, ale z relacji innych wiemy, że to jednak nie była jednorazowa wpadka. Podobno już jej tam nie ma i wróciła pani, którą dzieci uwielbiały. Mam nadzieję.
Wreszcie trafiliśmy na jogę dla dzieci. I tu zostaliśmy na cały rok. Po pierwsze 2minuty spacerem od domu. Po drugie, p.Iwonka i klimat, jaki tworzyła na zajęciach, to dokładnie to, czego nam było trzeba. Spokój, brak napięcia, wymagań, a przy tym perfekcyjne przygotowanie. I chyba najważniejsza - autentyczność. Ogromnie żałujemy, że w tym roku zajęć już nie będzie. D. czuła się tu bezpiecznie. Na początku prawie nie brała udziału w zajęciach, włączała się tylko w pojedyncze ćwiczenia, ale rejestrowała wszystko, a potem w domu odtwarzała, bawiła się w zajęcia jogi cały tydzień. Z zajęć na zajęcia była coraz bardziej swobodna. P. Iwonka stała się przyjacielem rodziny, D. wysłała do niej kartkę z Darłowa, rozpoczynającą się słowami „Kocham Cię”. Choć podczas zajęć nie zamieniła z panią chyba ani jednego zdania.
Gdybyśmy nie mogli być tam z nią, pewnie przygoda z jogą skończyłaby się już na starcie. Pomimo serdeczności prowadzącej i miłej atmosfery. Choćby właśnie z powodu komunikacji.
Znacie D. z filmików, na których buzia jej się nie zamyka. Nie jest tak jednak zawsze. Wystarczy miejsce inne niż dom, wystarczy, że nie widziała kogoś jakiś czas, a czasem nawet, że ktoś zapyta w niewłaściwym momencie i D. uruchamia się blokada. To ona sama musi włączyć się w rozmowę w sposób naturalny i swobodny. I nawet wtedy potrafi poprosić nas, byśmy powiedzieli coś za nią.
.
Ja wiem, że to u nas jest norma - dzieci żegnają się w progu i drzwi się zamykają. Na zajęciach, w przedszkolach. Jakoś sobie poradzą, najwyżej chwilę popłaczą, a jeśli będzie naprawdę kiepsko, rodzice zabiorą je wcześniej.
Takie nic z perspektywy dorosłego, w końcu wielu z nas przez to przeszło jako dzieci albo przechodzi jako rodzice. Pamiętajcie jednak, że to, że coś jest powszechne, nie znaczy, że jest normalne, właściwe.
Te dzieci, które wyjdą z zajęć, wyjdą z poczuciem porażki, z myślami „coś jest ze mną nie tak, w końcu inne dzieci dały radę”. Być już może nie wrócą. Albo wrócą, ale ich radość będzie tylko częściowa.
Ja sama prowadzę zajęcia dla dzieci. I znam perspektywę obu stron. Rozumiem, że trudniej prowadzi się zajęcia, kiedy ktoś przygląda się z boku. Rozumiem, że rodzice to często ciężki kaliber, że potrafią przeszkadzać w zajęciach (sama musiałam poprosić kiedyś dwóch tatusiów o przejście na korytarz, bo urządzili sobie klub dyskusyjny, który zagłuszał moją konwersację z dziećmi), że siedzą z telefonami - nagrywają, robią zdjęcia albo ostentacyjnie przeglądają facebooka (a juz najgorzej jak prowadzą bloga, wtedy robią te wszystkie rzeczy na raz ;) ). Rozumiem, że dzieci częściej odrywają się od toku zajęć, by pójść się przytulić, zapytać o coś, napić.
Ale z perspektywy rodzica i to rodzica wysoko wrażliwego dziecka, mam z tym problem. Problem z niezrozumieniem potrzeb dziecka.
Wczoraj zmierzyłam się z tym znów. I jestem o tyle spokojna, że D. została w sali bez problemu, nie płakała w trakcie, a wieczorem opowiadała o zajęciach raczej pozytywnie. Ale gdy spytałam ją, czy będzie chciała pojechać za tydzień, powiedziała: „Nie wiem. Zastanowię się.” I ja wiem, że to było o tym, że ona nie wie, czy znów chce zostać tam sama.
Po zajęciach tanecznych sprzed 1,5 roku za każdym razem, gdy poruszamy temat pójścia na jakieś warsztaty czy zajęcia, zawsze dopytuje, czy będę tam z nią. To dla niej ważne. Ona bardzo chętnie próbuje nowych rzeczy, gromadzi nowe doświadczenia, przeżywa nawet duże przygody. Ale potrzebuje do tego odpowiedniego poziomu poczucia bezpieczeństwa. I to poczucie gwarantuje jej nasza obecność.
Bo np. jeśli zachce jej się do toalety… Nie powie o tym pani, której wcale nie zna, choćby nie wiem, jak miła to była pani.
Ja wiem, są dzieci, które każdemu zdradzą nawet najskrytszy sekret i które obcego na ulicy wezmą za rękę i pójdą nie odwracając się za rodzicem. Ale nie wszystkie.
D. jest ostrożna. Potrzebuje czasu, żeby wybadać, czy w danej sytuacji może pozwolić sobie na swobodę.
To naturalna cecha, która pozwoliła naszemu gatunkowi przetrwać. Dziś jednak uznawana za wadę, nie za zaletę.
Ocena sytuacji to w nowym otoczeniu podstawa. My, mając już ogromne doświadczenia, robimy to w mig, posługując się schematami. Szybko oceniamy, czy są przesłanki, które świadczyłyby o niebezpieczeństwie. Dzieci jeszcze tego nie mają. Więc albo idą w ciemno we wszystko (i wtedy rodzice kupują szelki na spacery, stawiają ogrodzenia dookoła placów zabaw), albo sprawdzają każdy element, który może wydawać się podejrzany.
Dlaczego ten ktoś zamyka drzwi? Dlaczego nie chce, żeby rodzice widzieli, co tu się dzieje? Dlaczego nie pozwala mi się przytulić do mamy, kiedy chcę? Dlaczego nie mogę przeżywać tego tak, jak potrzebuję?
Te pytania, choć nie zawsze uzmysłowione, sprawiają, że trudno poczuć się bezpiecznie.
W imię czego rozdziela się dzieci i rodziców?
W odpowiedzi słyszę: „Bo z doświadczenia wiemy, że tak jest lepiej”
Lepiej? Lepiej dla kogo?
Lepiej czy raczej skuteczniej?
Bo dziecko wtedy nie ma wyjścia i musi podążać za tym, co mówi prowadzący. I rzeczywiście efekt jest lepszy - dzieci pewnie szybciej i lepiej wszystkiego się nauczą.
Wiecie, kiedy posyłam na zajęcia 3 letnie dziecko, nie zależy mi, by zostało mistrzem w czymkolwiek. Za to zależy mi na jego dobrej zabawie, przygodzie, na roześmianej buzi i wielogodzinnych opowieściach po.
Wczoraj upewniłam się, że nie tylko mnie. Jak jeden mąż wszyscy rodzice wychylali głowy z progu sali, a potem z rozczarowaniem dyskutowali, gdy drzwi zamknięto.
Skoro więc i dzieciom, i rodzicom lepiej byłoby, gdyby pozostawić im możliwość kontaktu wzrokowego, wyznaczyć strefę cichej obecności, ustalić zasady, dlaczego mówi się nam, że teraz musimy wyjść, bo tak będzie lepiej?
Czy to nie zajęcia są dla dzieci i ich rodziców, a nie odwrotnie? Czy organizatorzy nie powinni raczej przygotowywać oferty do potrzeb odbiorców, a nie wymuszać dostosowanie się do sztywnych, nieuwzględniających potrzeb małego człowieka reguł.
Jestem przekonana, że żaden rodzic nie będzie siedział na zajęciach dłużej, niż to koniecznie i gdy tylko jego dziecko poczuje się bezpiecznie, czmychnie czym prędzej na kawę czy mały shoping. A organizatorzy będą mieli kolejnego zadowolonego klienta, który czując się komfortowo, przyciągnie kolejnych klientów, a i sam być może skorzysta z innych pozycji w ofercie.
Tymczasem zamykając drzwi odrzuca się wielu potencjalnych klientów. Niektórych jeszcze w przedbiegach (ja sama sprawdziłam kilka miejsc i te, które odpowiedziały z góry, że nie ma opcji pozostania z dzieckiem, odrzuciłam od razu), innych po pierwszych kilku minutach, gdy płaczącemu dziecku każe się wybierać, czy zostaje samo na zajęciach, czy wychodzi z mamą, jeszcze innych, jak D., tuż po teoretycznie udanym starcie, bo nie wrócą, mając świadomość, że znów będą musiały zmierzyć się z brakiem komfortu.
Zazwyczaj odpadają ci najbardziej wrażliwi. I są to zazwyczaj właśnie ci, których wrażliwość jest również ich największym potencjałem. Potencjałem, który nie będzie miał szans się rozwinąć. Ze względu na jedne zamknięte drzwi.
Gdańska Szkoła Artystyczna, Soszyńska Dance Academy i inni organizatorzy - ku rozwadze.
Zawsze lubiłam wykorzystywać różne na pierwszy rzut oka niepotrzebne "przydasie", ostatnio udało się też spożytkować naniesione do domu z plaży tony piasku. Tak oto powstały dwie cudowne prace plastyczne, w sam raz na możliwości 3latki. Takie kategorii "proste i genialne" :D
Potrzebny jest kawałek sztywnej kartki (my wykorzystalyśmy okładkę od bloku technicznego), klej miagiczny, pędzel, plastelina, kilka kwiatów/źdźbeł trawy/liści, no piasek.

Z plaseteliny odrywamy malutkie fagmenty, forumujemy kuleczki i przyklejamy obok siebie po trzy (głowa, tułów, odwłok). Jeśli ktoś sobie życzy, można dorysować też nóżki i czułki).
Pamiętajcie przy okazji, że dla młodego artysty ma to być przyjemność, jeśli wykaże więc w dowolnym momencie znudzenie, definytywnie należy zaprzestać dalszych działań :) U nas D. pod koniec wyklejania mrówek miała już dosyć, odłożyłyśmy więc pracę na bok, a ona zabrała się na nowej kartce za robienie... rozdeptanych mrówek... (do not ask! :D)
Po kilku dniach, gdy ochota wróciła, dokleiłyśmy mrówkom bagaż w postaci kwiatów i liści, które dzielnie dźwigały na swoich plecach. Akurat mieliśmy w domu wielki piękny bukiet, który powoli usychał, a żal mi było tak po prostu się go pozbyć.
I teraz hicior - obfociliśmy wszystkie etapy pracy, poza efektem finalnym! Musicie sobie więc wyobrazić, jak wyglądały wszystkie mrówki, gdy już rządkiem wędrowały po piaszczystej dróżce prosto do mrowiska. A ja uraczę Was za to dziełem, dzięki któremu mój bukiet cieszy nasze oczy do dziś:
WIększość z nas przyjęła już fakt, że klaps to przemoc. Wciąż jednak z ogromną łatwością usprawiedliwiamy krzyk. Że to przecież lepsze niż bicie (ale lepsze bo?). Że każdemu się zdarza (ba! pocieszamy się tym nawzajem!). Że to ono doprowadziło mnie na skraj (bo to dziecko winne...) Przemoc to przemoc. Jedna lżejsza, inna bardziej brutalna. Ale to ciągle krzywda wyrządzaną drugiemu człowiekowi. Mniejszemu, pozbawionemu narzędzi obrony i zazwyczaj ufajacemu nam najbardziej na świecie.
Czy mnie nie zdarza się krzyczeć? Nie jestem wyjątkiem, zdarza. Ale nie jestem z tego powodu z siebie dumna. Krzyczę, kiedy brakuje mi zasobów, kiedy sytuacja mnie przerasta. Krzyczę, bo jestem słaba, nie umiem poradzić sobie z odpowiedzialnością, nadmiarem obowiązków. Krzyczę, bo ten mechanizm znam najlepiej, najłatwiej mi po niego sięgnąć w trudnej chwili. Krzyczę, bo chcę natychmiast osiagnąć swój cel, obronić swoją rację. Za każdym razem, gdy krzyczę na moją wymarzoną i wyczekaną D., uznaję to za swoją porażkę. Za każdym razem staram się wyciągnąć wnioski i następnym razem być lepiej przygotowana, mądrzejsza. Za kazdym razem, gdy sięgnę po krzyk, przepraszam. Nie chcę stosować przemocy wobec mojego dziecka. Żadnej, choćby inni uznawali ją za nic złego. Krzyk to przemoc. A moje dziecko, jak każdy inny człowiek, zasługuje na 100% szacunku, zasługuje na bezpieczeństwo i to we mnie powinno je znajdować. Nie chcę krzyczeć. Chcę rozmawiać. Tłumaczyć i słuchać.
A Wy?
Jakiś rok temu, w czasie, gdy jedyne, o czym byłam w stanie myśleć, to gdzie jest najbliższe łóżko/kanapa/kawałek podłogi, na którym mogłabym zalec i stać się niczym innym jak nieruchomym inkubatorem, w którym rozwijać się może pączkująca we mnie mała N., odezwała się do mnie koleżanka ze studiów. W związku z tym, że wydawnictwo, w którym pracuje, wypuściło dwie nowe książki, zapytała, czy nie chciałabym się z nimi zapoznać i napisać na blogu kilku słów na temat omawianego w nich problemu. Miałam ochotę odpisać: "Dziewczyno, paprotki nie czytają, idź poszukać kogoś posiadającego mózg." Ale że nawet skonstruowanie tego zdania stanowiło dla mnie wtedy dość duże wyzwanie, dałam sobie czas do namysłu.
Pomyślałam: każdy pierwszy trymestr kiedyś mija, a potem nadchodzi eksplozja dobrego samopoczucia, może więc siła jednak kiedyś się znajdzie. Koleżanka z tych lubianych, nie narzucała się. Tylko: ja i pisanie czegoś na wybrany przez kogoś temat? Ja i czytanie wskazanych przez kogoś książek? Poza kilkoma pozycjami, które wywróciły moje myślenie do góry nogami, nie lubię książek psychologicznych. Tym bardziej nie lubię książek psychologicznych, których nie wybrałam sama. Naprawdę niewiele w ogóle ich przeczytałam, a wszystkie w efekcie długotrwałych poszukiwań i świadomych wyborów.
No i do tego to moje samopoczucie - roślinki doniczkowej.
I że nie przesadzam, gdy mówię o krzywdzie, która dzieje się dzieciom za sprawą wychowania przyjętego za normę. Że nie przesadzam, gdy wymagam od dziadków mojej córki, żeby byli uważni na to, co i w jaki sposób do niej mówią. Że po prostu widzę to, co dla większości jest niewidoczne.
Że mam taką super moc.
I że to, że od zawsze byłam inna, czułam się dziwna, niedostosowana, na uboczu, to nie jakaś moja dysfunkcja.
Dużo się dowiedziałam.
Odnalezienie prawdy o sobie okazało się tak bardzo wyzwalające. Pozwoliło mi zaakceptować siebie w pełni, co więcej zachwycić się sobą nie z pychy, ale z podziwu dla zdolności, z którymi się urodziłam, a które pozwalają mi odbierać świat tak dogłębnie.
Ten tekst miał być o D., o mojej małej, wysoko wrażliwej córeczce, ale chyba najpierw muszę podzielić się z Wami odkryciem dotyczącym mnie samej. O D. w kontekście wysokiej wrażliwości na pewno napiszę jeszcze nie raz - o jej genialnym umyśle, wyłapującym z otoczenia niuanse niedostrzegalne przez większość ludzi, o subtelności w relacjach - trosce, empatii, zrozumieniu, o zaskakującym poczuciu humoru, opartym na grach słownych, przebłyskach. Ale i o kosztach, jakie ponosi.
Jedyna opcja, że faktycznie pierwszy trymestr kiedyś minie, no i że temat książki zbiegnie się z moimi zainteresowaniami.
Rzuciłam więc okiem - depresja nastolatków brzmiała niesamowicie interesująco, wiele mam przemyśleń na ten temat, wiele powiązań między tym, co chcę Wam powiedzieć o relacji z dzieckiem w tych pierwszych latach, a szczególnie miesiącach, a tym właśnie, co dzieje się potem. Zwłaszcza że zawodowo zetknęłam się niedawno z tym problemem i mogłabym poukładać sobie nieco te doświadczenia. Tyle że to ogromny temat, ja nie lubię, nie umiem powierzchownie jedynie, musiałabym się zagłębić, chciałabym napisać milion postów, co wiązałoby się z odsunięciem na dalszy plan wszystkich tych tematów, które wciąż nie spisane wypełniają moją głowę. Nie, depresja nastolatków odpada.
No to druga - "Wysoko wrażliwe dziecko"*. Nic mi to nie mówi. Skojarzyło mi się jedynie z High Need Baby, dziećmi, które wymagają dużo cierpliwości, uwagi i zrozumienia - płaczącymi z miliona przeróżnych powodów i egzystującymi w miarę pogodnie jedynie w bezpośrednim kontakcie fizycznym z rodzicem (czyli na rękach lub uwieszone u nogi), tak w dość dużym uproszczeniu mówiąc. To na pewno powiązane tematy. Zupełnie mnie to nie dotyczy, D. od urodzenia była zdecydowanie Low Need Baby - nie płakała prawie wcale, zasypiała sama przez pierwsze miesiące życia, budziła się tylko na karmienie, była oazą spokoju i cierpliwości. Niby ciekawe, ale znowu nic, co by mnie porwało. A w notatniku przecież tyle rozpoczętych postów na inne, ważne dla mnie tematy...
Ale skoro nie było pośpiechu, odczekałam jeszcze chwilę.
Ale skoro nie było pośpiechu, odczekałam jeszcze chwilę.
W międzyczasie moja podświadomość zaczęła składać w całość pewne dane i popychać mnie do poszukiwań. Sprawdziłam hasło "wysoka wrażliwość" w Internecie. I już wiedziałam, że muszę wyjść czym prędzej z tego ciążowego otępienia.
Ostatnie miesiące przed narodzinami N. były dla mnie czasem niespodziewanej terapii. Zupełnie nieplanowanej, ale tak gruntownej, dotykającej najczulszych miejsc w mojej psychice; wzmożonej ciążowymi hormonami, ale nie mniej realnej.
Wszystko za sprawą tej książki.
Zanim dobrnęłam do końca wstępu, parokrotnie zalałam się łzami.
To miała być książka o D. Bo już po kilku stronach wiedziałam, że jest dzieckiem wysoko wrażliwym. Czytałam, myśląc o niej. O mojej małej dziewczynce, która w niezwykły sposób kroczy przez ten świat, doświadczając go tak pięknie, ale też coraz boleśniej.
Czytałam, myśląc o niej. Ale czułam w tych słowach siebie.
Wszystko za sprawą tej książki.
Zanim dobrnęłam do końca wstępu, parokrotnie zalałam się łzami.
To miała być książka o D. Bo już po kilku stronach wiedziałam, że jest dzieckiem wysoko wrażliwym. Czytałam, myśląc o niej. O mojej małej dziewczynce, która w niezwykły sposób kroczy przez ten świat, doświadczając go tak pięknie, ale też coraz boleśniej.
Czytałam, myśląc o niej. Ale czułam w tych słowach siebie.
Nie wiem, jak to możliwe, ale będąc tak blisko zagadnień związanych z psychologią, z rozwojem dzieci, czytając, uczestnicząc w grupach rodzicielskich, nigdy wcześniej nie spotkałam się z terminem "Wysoko Wrażliwa Osoba". Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. I nagle wyprostowało wiele krętych dróg.
Wysoko Wrażliwa Osoba... Wysoko Wrażliwa Ja.
Elaine Aron na kartach swojej napisanej już tyle lat temu książki, ale dopiero wydanej w Polsce za sprawą Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego, odkryła przede mną całą prawdę o mnie.
Od zawsze bacznie przyglądałam się sobie, konfrontowałam swoje postawy, zachowania, reakcje z postawami innych ludzi. Znałam swoje mocne i słabe strony. Naprawdę dobrze znałam siebie. I wiecznie nie składałam się sobie w całość. Moje mocne strony zaprzeczały zupełnie tym słabym. Ot choćby pisanie - mam łatwość pisania i trudność pisania jednocześnie. Ogromną otwartość w stosunku do ludzi i skrytość obwarowaną lękiem jednocześnie. Ludzie wierzący w horoskopy mówili, że to dlatego, że jestem zodiakalnym Bliźniakiem. Ale ja wiedziałam, że to nie to. Uważałam, że muszę pracować nad słabościami, szlifować mocne strony, ciągle trenować, by stać się lepszą wersją siebie.
I nagle dowiedziałam się, że już nie muszę. Że jestem jedną spójną, bardzo logiczną całością. Wysoko wrażliwą całością. Że te mocne strony, na których niepewnie budowałam siebie, są z prawdziwie cennego kruszcu - rzadko spotykanego i delikatnego. Że mogę błyszczeć, wnosić niezwykłą wartość w społeczeństwo ludzi, ale że wiąże się to z licznymi obwarowaniami - kosztami, jakie ponoszę, warunkami, jakich potrzebuję, by być w tej pięknej formie i skutkami, jakie przynosi niedopełnienie tych warunków.
Dowiedziałam się, że to wszystko, z czym borykam się od lat, to nie kwestia niewykształconych kompetencji czy braków osobowościowych. Że to nie coś, z czym powinnam walczyć, że to nie słabości do pokonania. Ale że to coś zupełnie normalnego, klasyfikowalnego, do przyjęcia z dobrodziejstwem inwentarza.
Dowiedziałam się, że nie wymyślam, nie przesadzam, że nie nadinterpretuję. Ale że po prostu dostrzegam więcej, czytam rzeczywistość między wierszami, chwytam w locie kwestie związane z relacjami międzyludzkimi. Że nie wydaje mi się, a że wiem.
I że to właśnie dzięki wysokiej wrażliwości mogę być lepszą mamą, uważną, rozumiejącą bez słów, otwartą na potrzeby swoich dzieci, podążającą za nimi, poszukującą wiedzy w odpowiednio wyselekcjonowanych źródłach, szybko przekładającą ją na naszą codzienną rzeczywistość, ciągle rozwijającą się, a przede wszystkim poszukującą odpowiedzi w głębi siebie.
Że mogę pisać o macierzyństwie, przekazując swoje spostrzeżenia, przemyślenia, drobiny gwiezdnego pyłu niedostrzegalnego przez większość gołym okiem.
Wysoko Wrażliwa Osoba... Wysoko Wrażliwa Ja.
Elaine Aron na kartach swojej napisanej już tyle lat temu książki, ale dopiero wydanej w Polsce za sprawą Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego, odkryła przede mną całą prawdę o mnie.
Od zawsze bacznie przyglądałam się sobie, konfrontowałam swoje postawy, zachowania, reakcje z postawami innych ludzi. Znałam swoje mocne i słabe strony. Naprawdę dobrze znałam siebie. I wiecznie nie składałam się sobie w całość. Moje mocne strony zaprzeczały zupełnie tym słabym. Ot choćby pisanie - mam łatwość pisania i trudność pisania jednocześnie. Ogromną otwartość w stosunku do ludzi i skrytość obwarowaną lękiem jednocześnie. Ludzie wierzący w horoskopy mówili, że to dlatego, że jestem zodiakalnym Bliźniakiem. Ale ja wiedziałam, że to nie to. Uważałam, że muszę pracować nad słabościami, szlifować mocne strony, ciągle trenować, by stać się lepszą wersją siebie.
I nagle dowiedziałam się, że już nie muszę. Że jestem jedną spójną, bardzo logiczną całością. Wysoko wrażliwą całością. Że te mocne strony, na których niepewnie budowałam siebie, są z prawdziwie cennego kruszcu - rzadko spotykanego i delikatnego. Że mogę błyszczeć, wnosić niezwykłą wartość w społeczeństwo ludzi, ale że wiąże się to z licznymi obwarowaniami - kosztami, jakie ponoszę, warunkami, jakich potrzebuję, by być w tej pięknej formie i skutkami, jakie przynosi niedopełnienie tych warunków.
Dowiedziałam się, że to wszystko, z czym borykam się od lat, to nie kwestia niewykształconych kompetencji czy braków osobowościowych. Że to nie coś, z czym powinnam walczyć, że to nie słabości do pokonania. Ale że to coś zupełnie normalnego, klasyfikowalnego, do przyjęcia z dobrodziejstwem inwentarza.
Dowiedziałam się, że nie wymyślam, nie przesadzam, że nie nadinterpretuję. Ale że po prostu dostrzegam więcej, czytam rzeczywistość między wierszami, chwytam w locie kwestie związane z relacjami międzyludzkimi. Że nie wydaje mi się, a że wiem.
I że to właśnie dzięki wysokiej wrażliwości mogę być lepszą mamą, uważną, rozumiejącą bez słów, otwartą na potrzeby swoich dzieci, podążającą za nimi, poszukującą wiedzy w odpowiednio wyselekcjonowanych źródłach, szybko przekładającą ją na naszą codzienną rzeczywistość, ciągle rozwijającą się, a przede wszystkim poszukującą odpowiedzi w głębi siebie.
Że mogę pisać o macierzyństwie, przekazując swoje spostrzeżenia, przemyślenia, drobiny gwiezdnego pyłu niedostrzegalnego przez większość gołym okiem.
I że nie przesadzam, gdy mówię o krzywdzie, która dzieje się dzieciom za sprawą wychowania przyjętego za normę. Że nie przesadzam, gdy wymagam od dziadków mojej córki, żeby byli uważni na to, co i w jaki sposób do niej mówią. Że po prostu widzę to, co dla większości jest niewidoczne.
Że mam taką super moc.
I że to, że od zawsze byłam inna, czułam się dziwna, niedostosowana, na uboczu, to nie jakaś moja dysfunkcja.
Dużo się dowiedziałam.
Odnalezienie prawdy o sobie okazało się tak bardzo wyzwalające. Pozwoliło mi zaakceptować siebie w pełni, co więcej zachwycić się sobą nie z pychy, ale z podziwu dla zdolności, z którymi się urodziłam, a które pozwalają mi odbierać świat tak dogłębnie.
Ten tekst miał być o D., o mojej małej, wysoko wrażliwej córeczce, ale chyba najpierw muszę podzielić się z Wami odkryciem dotyczącym mnie samej. O D. w kontekście wysokiej wrażliwości na pewno napiszę jeszcze nie raz - o jej genialnym umyśle, wyłapującym z otoczenia niuanse niedostrzegalne przez większość ludzi, o subtelności w relacjach - trosce, empatii, zrozumieniu, o zaskakującym poczuciu humoru, opartym na grach słownych, przebłyskach. Ale i o kosztach, jakie ponosi.
Nie napisałam tego tekstu przez tyle czasu, bo wciąż przepracowuję w sobie siebie. Ale dziś jestem gotowa, by podzielić się z Wami moim odkryciem. Niech to będzie mój coming out.
I tak się cieszę, że urodziłam się właśnie taka. Bo choć czasem bycie WWO cholernie boli, kiedy nie umie się poradzić sobie z brutalnością świata, kiedy nie umie się wybaczyć sobie własnych porażek, kiedy komunikacja z innymi ludźmi idzie jak po grudzie, to patrzenie na rzeczywistość, którą rozumie się tak dogłębnie, którą czuje się wszystkimi zmysłami, czasem wręcz w ekstatycznym napięciu, dostarcza tak ogromnej satysfakcji, tak wielu doznań, że nie zamieniłabym tego nigdy na względny spokój, jakiego za sprawą wysokiej wrażliwości mi brak.
------------------------------------------------------------
* Aron Elaine N., Wysoko wrażliwe dziecko: jak zrozumieć i pomóc mu żyć w przytłaczającym świecie?, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2017.
------------------------------------------------------------
* Aron Elaine N., Wysoko wrażliwe dziecko: jak zrozumieć i pomóc mu żyć w przytłaczającym świecie?, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2017.



























